Gdyby znajdywali się w miejscu publicznym... gdyby temu spotkaniu przyglądały się osoby trzecie... co do tego drugiego pewnie Robert i Stanley powinni być zadowoleni, że coś takiego nie miało miejsca. Groziło to bowiem kolejnymi komplikacjami. Komplikacjami przede wszystkim zbędnymi. Aczkolwiek nie o tym teraz mowa. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Gdyby okoliczności były inne, Robert odpowiednio by się przywitał. Wyciągnął rękę. Zapytał rozmówcy o to, co u niego słychać? Jak mają się sprawy? Oczywiście tym wszystkim, tak naprawdę, zainteresowany pozostawałby... najpewniej wcale. Ot, byłaby to taka tam zwykła grzeczność. Próba stworzenia odpowiednich pozorów.
Przebywając w Głębinie, na te grzeczności czasu nie tracił. Wolał z miejsca przejść do tego, co uważał w tych okolicznościach za prawdziwie istotne.
- To dobrze. - kiwnął głową. Do czego jednak się w tym przypadku odnosił? Do tej pierwszej czy do drugiej kwestii? Albo może do obydwu jednocześnie? Stanley zapewne byłby w stanie pewne założenia poczynić. Tylko na ile trafne?
Doskonale wiedział, co miało miejsce podczas widowiska. Mieli z Lorien i Richardem bardzo dobre miejsca. Powiedzieć było można, że wręcz vipowskie. Pierwsza klasa. Miał też swoją opinię na temat działań samego Ministerstwa. Tych podjętych podczas wydarzenia. Albo raczej - już na jego końcu. I choć nie była to opinia pozytywna, wiadoma sprawa, daleki był od tego, żeby tej sprawy nie traktować poważnie. Robert, tradycyjnie już, wolał dmuchać na zimne. Trochę paranoi wszak nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
- Nie odmówię. - zareagował na propozycje napicia się alkoholu. Podobnie jak papierosy, procenty przecież nikomu nie szkodziły. Za to niosły w ślad za sobą wiele pozytywów. Podobnych do tych, dostarczanych przez papierosy. Łatwiej się rozmawiało, kiedy człowiek trzymał w dłoni szklankę pełną odpowiednio dobranego trunku.
Nie wtrącał się, nie przerywał Stanleyowi. Niech mówi. On posłucha. Kiedy na biurku pojawiła się popielniczka, Robert z niej skorzystał. Głos natomiast zabrał dopiero, kiedy Stanley zdawał się skończyć. Nie mieć już do dodania niczego więcej.
- Obawiam się, że po tym wszystkim możemy zostać wzięci pod lupę. Po tym całym widowisku, jeden z aurorów pytał mnie o to czy Ty i Sophie się znacie. - przerwał, żeby zająć się papierosem. Kontynuował dopiero po tych kilku chwilach. - Nie ukrywałem, że prowadzimy interesy z Twoją rodziną. Starałem się to ograniczyć do sprzedajemy świeczki Borginom, kilka razy mieliśmy okazje porozmawiać. Muszę w związku z tym wiedzieć czy powinniśmy się obawiać tego, że ktoś tej wersji będzie w stanie zaprzeczyć? Poddać ją w wątpliwość? - zapytał, spoglądając prosto na Stanleya. Licząc z jego strony na uczciwą odpowiedź. Kiedyś już zwrócił mu uwagę, że nie powinni tego rozgłaszać. Informować o tym innych. Na ile jednak szeroka była wiedza o ich powiązaniach? Jak bardzo powinni być z tym ostrożni? - Byłoby dla wszystkich lepiej, gdyby to co nas łączy nie wyszło. - a już na pewno byłoby lepiej dla mnie.
Czy musiał tłumaczyć, dlaczego tak byłoby lepiej? Chyba niekoniecznie. O rodzinie Mulciber i ich potencjalnych powiązaniach z Czarnym Panem, mówiło się ostatnimi czasy sporo. Ledwie co skończył się przecież proces jakiegoś tam, dalszego krewnego Roberta. Został skazany. Stanley natomiast o to samo podejrzewany był przez Harper. Gdyby zdołali jedno połączyć z drugim... ciężko było zachować spokój. Już sama myśl o możliwych konsekwencjach, sprawiała, że paranoja się nasilała. Przebierała na sile. Nie było dobrze. Nie było dobrze. Raz jeden i drugi przyłożył papierosa do ust. Uspokój się. Wyrzuć to z głowy. Uda się to przecież jakoś rozwiązać. Tak jak zawsze się udawało.