Po użyciu zaklęcia, aby pozbyć się większości brokatu, Morpheus postanowił udać się do stoiska swojej szwagierki. Nie wiedział doprawdy, dlaczego postanowiła rozstawić się na Lammas, niczym przeciętny kupiec, a nie osoba tworząca dobra luksusowe, uznał to jednak za jeden z wielu zabiegów ocieplających wizerunek Longbottomów, biorąc pod uwagę, że praca policyjna często przynosiła efekt odwrotny do pozytywnego. Szukał też wzrokiem Very, którą zgubił podczas występu, o ile dało się to tak nazwać, co zaprowadziło go wprost do niebiańskiego zakątka handlowego Covenu. Kobieta jednak, w szacie i włosach podobnych z daleka do pani Travers, z bliska okazała się być kimś całkowicie innym.
Już miał odejść, gdy zauważył, pomimo brokatu na rzęsach, koszulki. Sięgnął do jednej z wielu kieszeni swojej magicznej szaty, zastanawiając się, czy mogą mu wysłać rachunek później czy będzie musiał płacić gotówką na napiwki.
— W jakiej cenie te koszulki? — zapytał, wskazując konkretnie tę z napisem Tylko Matka może mnie oceniać. Nie wyglądał jak ktoś, kto miałby nosić mugolskie wynalazki odzieżowe, w czarnej magicznej szacie z bogato haftowanym szalem na ramieniu, który iskrzył się nadal, pomimo magii czyszczenia, drobinkami brokatu.
Posłał firmowy uśmiech Longbottomów obsługującym stoisko kapłanom, udając, że przestawiony przez Millie nos nie przyprawia go o ból głowy. Odczuwał coraz silniejsze ćmienie u nasady i za oczami, ale jeszcze wypatrzył jakieś kolorowanki dla Mabel. Jeśli wszystko będzie kosztować mniej niż pięćdziesiąt galeonów, to weźmie. Jeśli obsługujący go kapłan zaś wykaże się talentem, będzie mógł zatrzymać resztę.