16.07.2024, 21:57 ✶
Znał Florence na tyle dobrze, by wiedzieć, że emocje, które pozornie okazywała na wierzchu, nie pokrywały się z tymi, które najchętniej chciałaby mu przekazać. Trochę jak wtedy, gdy miał trzynaście lat i uparł się, że wejdzie na drzewo. A potem zleciał z drzewa. A potem, gdy okazało się, że nic sobie nie połamał i powiedział jej, że nic się nie stało, zasłabł.
Domyślał się, że miała pretensje. Sam miałby pretensje. Gdyby to on dowiedział się, że jego kuzynowstwo, lub rodzeństwo (a zwłaszcza Electra) zrobiło coś takiego, pewnie powitałby tego delikwenta odpowiednią dawką złośliwości, tak na dobry początek. Tylko, że to naprawdę nie była jego wina. Naprawdę nie planował urządzać sobie drobnych spacerów pod ziemią. To znaczy... Może uniknąłby tej całej sytuacji, gdyby nie zgłosił się na ochotnika do poszukiwań Bagshota w lesie, ale przecież to był tylko las, a on był uzdrowicielem, więc to był mimo wszystko jego obowiązek.
Westchnął ciężko i ręką, którą nie trzymał upominków dla Florence, przejechał sobie po twarzy. Już nawet nie wspominał, że wcale nie znalazł czasu na pamiątki, a w sumie to dostał je trochę z litości.
– To nie tak Flo – powiedział spokojnie, próbując bardzo ostrożnie dobierać słowa. Jak dobrze, że jego organizm nie był dla niego wredniejszy, niż zwykle i nie postanowił mu dokopać, uznając że nie dostarczył swojemu ciału jeszcze odpowiedniej ilości snu, aby trzymać się na nogach. Ten niewielki krwotok z nosa, który otrzymał w podarunku po przebudzeniu też jakoś nie wracał. Tak, zdecydowanie dobrze, że nie wyglądał jak trup. – Byliśmy w ośrodku, wszyscy szukali Bagshota, jeden czarodziej... Roberts, mąż kobiety, która zginęła tu kilka lat temu, spróbował podpalić las. Wszystko oszalało, mnie złapały korzenie i wciągnęły pod ziemię. Uwierz mi, sam bym się nie wpakował tam z własnej woli. – A przynajmniej taką miał nadzieję.
Domyślał się, że miała pretensje. Sam miałby pretensje. Gdyby to on dowiedział się, że jego kuzynowstwo, lub rodzeństwo (a zwłaszcza Electra) zrobiło coś takiego, pewnie powitałby tego delikwenta odpowiednią dawką złośliwości, tak na dobry początek. Tylko, że to naprawdę nie była jego wina. Naprawdę nie planował urządzać sobie drobnych spacerów pod ziemią. To znaczy... Może uniknąłby tej całej sytuacji, gdyby nie zgłosił się na ochotnika do poszukiwań Bagshota w lesie, ale przecież to był tylko las, a on był uzdrowicielem, więc to był mimo wszystko jego obowiązek.
Westchnął ciężko i ręką, którą nie trzymał upominków dla Florence, przejechał sobie po twarzy. Już nawet nie wspominał, że wcale nie znalazł czasu na pamiątki, a w sumie to dostał je trochę z litości.
– To nie tak Flo – powiedział spokojnie, próbując bardzo ostrożnie dobierać słowa. Jak dobrze, że jego organizm nie był dla niego wredniejszy, niż zwykle i nie postanowił mu dokopać, uznając że nie dostarczył swojemu ciału jeszcze odpowiedniej ilości snu, aby trzymać się na nogach. Ten niewielki krwotok z nosa, który otrzymał w podarunku po przebudzeniu też jakoś nie wracał. Tak, zdecydowanie dobrze, że nie wyglądał jak trup. – Byliśmy w ośrodku, wszyscy szukali Bagshota, jeden czarodziej... Roberts, mąż kobiety, która zginęła tu kilka lat temu, spróbował podpalić las. Wszystko oszalało, mnie złapały korzenie i wciągnęły pod ziemię. Uwierz mi, sam bym się nie wpakował tam z własnej woli. – A przynajmniej taką miał nadzieję.