16.07.2024, 22:27 ✶
Mina, z którą Woody wysłuchiwał propozycji Jonathana, wyrażała więcej niż tysiąc słów, choć wystarczyłyby w zasadzie dwa: „Tyś ogłupiał?”. Może i podchodzili powoli do lądowania, może i nie był to najlepszy czas na dopiekanie sobie, ale:
— Jonathanie, bądź sobą. Jak chłop wsłucha się w to gdakanie, będzie współpracował aż miło, żeby mieć tę interwencję jak najszybciej z głowy.
Oba powozy osiadły miękko na skrawku pustego pola pod lasem, po czym skryły się pod koronami drzew uginającymi się od czap śniegu. Młody czarodziej powożący wrogą karocą zsiadł i czekał cierpliwie przy koźle; jeszcze nie było widać śladu ochraniających ładunek Śmierciożerców.
Woody opuścił ich własną bryczkę i zdjął rękawiczki, aby jego chwyt na różdżce był pewniejszy. Gdy zakonnicy szli ku karocy, Tarp nie spuszczał oczu z jej paki, z której w każdej chwili mogli wyłonić się zaalarmowani przeciwnicy. Ich powóz opuścił również Bob, który człapał kilka kroków za głównymi bohaterami, poprawiając nerwowo czapkę.
Jeszcze nim znaleźli się w zasięgu słuchu woźnicy z poszukiwanego konwoju, Woody nachylił się do swojego partnera zbrodni i poinstruował go cicho:
— Mów dość głośno i wyraźnie, żeby ci na pace usłyszeli, że coś jest na rzeczy. Lepiej będzie jeśli ich stamtąd wypłoszymy i zajmiemy się nimi na otwartej przestrzeni. Łojąc się w tym klaustrofobicznym wozie, możemy uszkodzić ładunek.
Gdy podeszli do karocy, woźnica skinął im obu z szacunkiem głową:
— Panie władzo. Jakiś problem? — zapytał młody kurier.
Woody pozostawił kwestię zagadania chłopaka w rękach Selwyna. Sam dyskretnie próbował zajrzeć przez malutkie szybki karocy na pakę, wypatrując zarówno ładunku, jak i jego ochrony. Nieopodal kręcił się ze wzrokiem wbitym w ziemię Bob, tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak i potrzebowali jego wsparcia.
— Jonathanie, bądź sobą. Jak chłop wsłucha się w to gdakanie, będzie współpracował aż miło, żeby mieć tę interwencję jak najszybciej z głowy.
Oba powozy osiadły miękko na skrawku pustego pola pod lasem, po czym skryły się pod koronami drzew uginającymi się od czap śniegu. Młody czarodziej powożący wrogą karocą zsiadł i czekał cierpliwie przy koźle; jeszcze nie było widać śladu ochraniających ładunek Śmierciożerców.
Woody opuścił ich własną bryczkę i zdjął rękawiczki, aby jego chwyt na różdżce był pewniejszy. Gdy zakonnicy szli ku karocy, Tarp nie spuszczał oczu z jej paki, z której w każdej chwili mogli wyłonić się zaalarmowani przeciwnicy. Ich powóz opuścił również Bob, który człapał kilka kroków za głównymi bohaterami, poprawiając nerwowo czapkę.
Jeszcze nim znaleźli się w zasięgu słuchu woźnicy z poszukiwanego konwoju, Woody nachylił się do swojego partnera zbrodni i poinstruował go cicho:
— Mów dość głośno i wyraźnie, żeby ci na pace usłyszeli, że coś jest na rzeczy. Lepiej będzie jeśli ich stamtąd wypłoszymy i zajmiemy się nimi na otwartej przestrzeni. Łojąc się w tym klaustrofobicznym wozie, możemy uszkodzić ładunek.
Gdy podeszli do karocy, woźnica skinął im obu z szacunkiem głową:
— Panie władzo. Jakiś problem? — zapytał młody kurier.
Woody pozostawił kwestię zagadania chłopaka w rękach Selwyna. Sam dyskretnie próbował zajrzeć przez malutkie szybki karocy na pakę, wypatrując zarówno ładunku, jak i jego ochrony. Nieopodal kręcił się ze wzrokiem wbitym w ziemię Bob, tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak i potrzebowali jego wsparcia.
piw0 to moje paliwo