17.07.2024, 12:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2024, 22:40 przez Lorien Mulciber.)
Och. Otarła policzek rękawem szaty, pozbywając się proszku fiuu.
- Mówiłam ci, że będę u rodziców.- Odpowiedziała spokojnie, nie analizując za bardzo tonu. Mówiła? Możliwe. Może po prostu mruknęła coś pod nosem czego nie zakodował. Albo stwierdziła, że mu powie, zapomniała i teraz za nic nie dałaby się przekonać, że wcale tak nie było. Zresztą poinformowała też o planach Selar. Właśnie na taki wypadek, gdyby Robert nie zauważył jej wyjścia.
Z pewnością jednak nigdy nie padło pytanie “czy chcesz się ze mną wybrać do mamusi?”. Odseparowanie małżeństwa od spraw Crouchów i Prewettów było kluczowe. Robiła to dla dobra ich wszystkich.
Dla rodziców, którzy za Robertem nie przepadali; dla Roberta, który musiałby znosić uciążliwe trajkotanie swojej teściowej; głównie jednak robiła to dla siebie. Im mniej Mulciberowie wiedzieli o pewnych kwestiach tym lepiej spali. O ile w tym domu w ogóle dało się w ogóle zasnąć.
Ileż tajemnic i niedomówień byliby w stanie uniknąć, gdyby tylko zechcieli ze sobą rozmawiać. Ale nie chcieli. A może po prostu nie potrafili? Żadne nie rwało się do pogłębiania relacji, którą w całości trzymały dwa podpisy i złote obrączki. Dwoje obcych ludzi, którym przyszło spędzić wspólnie kilka następnych lat.
Najgorsze, że Lorien zapytała. Zrobiła więcej niż sama od siebie oczekiwała, w czasie, w którym mógł ją jeszcze powstrzymać przed włączeniem muzyki. Wystarczyłoby proste “wolałbym nie”, żeby odłożyła płytę na półkę. Tymczasem odpowiedź na pytanie była tak dziwacznie tajemnicza, jakby grał z nią w kalambury. Magiczne domyśl się.
Szkoda tylko, że pani Mulciber nie za bardzo miała ochotę się domyślać i doszukiwać drugiego dna w słowach męża. Na to była jeszcze zbyt zmęczona. Dlatego zinterpretowała przekaz dosłownie - jakby przedstawiał suche zeznania. Nie przejmuj się moją obecnością - wcale nie zamierzała. Mógł sobie siedzieć w tym fotelu nawet do rana, a Lorien nie poświęciłaby temu nawet jednej cennej myśli. Długo nie potrwa. Więc miał inne plany? A może chciał się już położyć? Spojrzała na niego, ale nie zapytała.
- Nie przeszkadza mi twoja obecność.- Odparła za to. Łaskawe zapewnienie, że wcale nie potrzebuje być teraz sama. Nawet jeśli nadal nie odzyskała pełni sił, to Londyn zdawał się mieć na Lorien zbawienny wpływ. A przynajmniej takie starała się odnieść wrażenie, choć zmęczenie odbiło się na jej twarzy. Wyglądała zresztą słabiej niż zwykle.
Brak odpowiedzi na proste pytania bywał frustrujący. Nawet bardzo. Zwłaszcza, kiedy jej mąż zachowywał się jakby proste tak lub nie miało go wysłać wprost na małe, drewniane krzesełko w małej, smutnej salce w samym sercu Azkabanu.
Ale brak odpowiedzi to dobra odpowiedź - skoro nie wyraził sprzeciwu, to ten sprzeciw nie istniał, bo czarownica nie była legilimentką, żeby spełniać niewypowiedziane zachcianki.
W przeciwieństwie do Roberta, Lorien wyjątkowo lubiła gramofon. Działał i to całkiem nieźle jak na tak stary sprzęt. Wsunęła ostrożnie starą płytę pod igłę, pozwalając cichej muzyce płynąć. Uniosła kąciki słysząc znajome pierwsze nuty Camille Saint-Saëns’a. Obróciła się od sprzętu, ale w momencie gdy “jej” fotel był nadal zajęty, jedyną opcją był ten naprzeciw. Lepsze to niż sterczenie przy kredensie. Dlatego właśnie tam się skierowała. Przy okazji, przechodząc obok męża, przesunęła palcami po jego ramieniu. Bez słowa.
- Mówiłam ci, że będę u rodziców.- Odpowiedziała spokojnie, nie analizując za bardzo tonu. Mówiła? Możliwe. Może po prostu mruknęła coś pod nosem czego nie zakodował. Albo stwierdziła, że mu powie, zapomniała i teraz za nic nie dałaby się przekonać, że wcale tak nie było. Zresztą poinformowała też o planach Selar. Właśnie na taki wypadek, gdyby Robert nie zauważył jej wyjścia.
Z pewnością jednak nigdy nie padło pytanie “czy chcesz się ze mną wybrać do mamusi?”. Odseparowanie małżeństwa od spraw Crouchów i Prewettów było kluczowe. Robiła to dla dobra ich wszystkich.
Dla rodziców, którzy za Robertem nie przepadali; dla Roberta, który musiałby znosić uciążliwe trajkotanie swojej teściowej; głównie jednak robiła to dla siebie. Im mniej Mulciberowie wiedzieli o pewnych kwestiach tym lepiej spali. O ile w tym domu w ogóle dało się w ogóle zasnąć.
Ileż tajemnic i niedomówień byliby w stanie uniknąć, gdyby tylko zechcieli ze sobą rozmawiać. Ale nie chcieli. A może po prostu nie potrafili? Żadne nie rwało się do pogłębiania relacji, którą w całości trzymały dwa podpisy i złote obrączki. Dwoje obcych ludzi, którym przyszło spędzić wspólnie kilka następnych lat.
Najgorsze, że Lorien zapytała. Zrobiła więcej niż sama od siebie oczekiwała, w czasie, w którym mógł ją jeszcze powstrzymać przed włączeniem muzyki. Wystarczyłoby proste “wolałbym nie”, żeby odłożyła płytę na półkę. Tymczasem odpowiedź na pytanie była tak dziwacznie tajemnicza, jakby grał z nią w kalambury. Magiczne domyśl się.
Szkoda tylko, że pani Mulciber nie za bardzo miała ochotę się domyślać i doszukiwać drugiego dna w słowach męża. Na to była jeszcze zbyt zmęczona. Dlatego zinterpretowała przekaz dosłownie - jakby przedstawiał suche zeznania. Nie przejmuj się moją obecnością - wcale nie zamierzała. Mógł sobie siedzieć w tym fotelu nawet do rana, a Lorien nie poświęciłaby temu nawet jednej cennej myśli. Długo nie potrwa. Więc miał inne plany? A może chciał się już położyć? Spojrzała na niego, ale nie zapytała.
- Nie przeszkadza mi twoja obecność.- Odparła za to. Łaskawe zapewnienie, że wcale nie potrzebuje być teraz sama. Nawet jeśli nadal nie odzyskała pełni sił, to Londyn zdawał się mieć na Lorien zbawienny wpływ. A przynajmniej takie starała się odnieść wrażenie, choć zmęczenie odbiło się na jej twarzy. Wyglądała zresztą słabiej niż zwykle.
Brak odpowiedzi na proste pytania bywał frustrujący. Nawet bardzo. Zwłaszcza, kiedy jej mąż zachowywał się jakby proste tak lub nie miało go wysłać wprost na małe, drewniane krzesełko w małej, smutnej salce w samym sercu Azkabanu.
Ale brak odpowiedzi to dobra odpowiedź - skoro nie wyraził sprzeciwu, to ten sprzeciw nie istniał, bo czarownica nie była legilimentką, żeby spełniać niewypowiedziane zachcianki.
W przeciwieństwie do Roberta, Lorien wyjątkowo lubiła gramofon. Działał i to całkiem nieźle jak na tak stary sprzęt. Wsunęła ostrożnie starą płytę pod igłę, pozwalając cichej muzyce płynąć. Uniosła kąciki słysząc znajome pierwsze nuty Camille Saint-Saëns’a. Obróciła się od sprzętu, ale w momencie gdy “jej” fotel był nadal zajęty, jedyną opcją był ten naprzeciw. Lepsze to niż sterczenie przy kredensie. Dlatego właśnie tam się skierowała. Przy okazji, przechodząc obok męża, przesunęła palcami po jego ramieniu. Bez słowa.