— Jonathan, nie! — unisono z Charlotte zabrzmiało drugie, słabsze i pijane zaprzeczenie sytuacji przez Longbottoma. Brzmiało jednak bez przekonania, bo był tylko jeden scenariusz w przyszłości, w którym całość nie kończy się walką z rośliną i to scenariusz w którym któreś z nich uderza go zaklęciem otumaniającym. Coś mu podpowiadało, a on słuchał przeczucia, że to mogłoby skończyć się tylko rzucanymi zaklęciami na oślep, co było jeszcze gorsze.
Biorąc pod uwagę to, jak bardzo Antoniusz kochał smoki, nic dziwnego, że jego przyjaciele mieli w sobie tyle ognia, dominium tego żywiołu. Nic dziwnego, że ognisty oddech Jonathana już w szkole przyprawiał go o przyjemne ciarki. To był moment, gdy ogień świecy zmieniał się w pożar. Zaklęcie Slewyna zajęło trzon rośliny, ale wilgoć nie pozwalała mu się aż tak mocno rozprzestrzenić, aby kolekcjoner smoków rozwinął skrzydła swojej metaforycznej postaci i rozpalił jeszcze bardziej żar w szklarni.
Roślina zaczęła wić się w agonii, dookoła smagały różane bicze, trzaskające na oślep. Doniczki i podwyższone stanowiska z roszadami szły w puch, hałas mógł w każdej chwili kogoś zawezwać. Był też ten dźwięk, jakby krzyczały słabe mandragory, piskliwie, chórem obumierania i rzeczywiście, róże dookoła nich, tak jak płonęła Matka, tak i one umierały. Chociaż nie mogli tego widzieć, umierały i dalej, w ogrodzie i w sali balowej.
Morpheus stał z tyłu, wyprzedzony przez Charlotte i chłopców (bo widział ich troje znów jako nastolatków w hogwarckiej czerni, nie w eleganckich ubraniach wyjściowych), alkohol bardzo szybko parował z niego, serce wyjątkowo biło szybciej z ekscytacji, od adrenaliny, kortyzolu, a nie od wewnętrznego dramatu.
Akcja nieudana
Macka atakująca Charlotte odbiła się tylko od stworzonej przez nią bariery, osunęła się na ziemię i tam próbowała dalej wić. Róża płonęła, a magiczne systemy ochrony roślin nie dawały sobie rady z ilością ognia, która została stworzona przez obu czarodziejów. Wilgotna spalenizna, biały dym z pary i roślin, buchał im w twarze, a róża słabła. Ostatnie tango, ostatnie kuszenie dla Jonathana. A przecież róże powinny kojarzyć mu się z zimnem, a nie ciepłem. Wszystko inne jednak się zgadzało. Biały tuman, mglisty, zasnuwający świat i zapach płonących róż.
— Musicie robić taki rejwach? — wysyczał Morpheus.