17.07.2024, 18:12 ✶
Nie spoglądał w jego kierunku. Wzrok utkwił mu na tych cholernych drzwiach, opuścił ręce. Miał wciąż ochotę na niego krzyczeć, ale tchórzostwo było w nim o wiele silniejsze, niż porywczość. Co to była za farsa? Dlaczego... dlaczego? Po prostu dlaczego?
- Mogłem zniszczyć twoje życie jeszcze zanim mi to wszystko powiedziałeś - rzucił mu, tonem wskazującym na to, że naprawdę w to wierzył. No i tak było przecież, w jego percpecji - dorobił się już tak szerokiego grona zapatrzonych w niego dzieciaków, aby móc rzucać takimi groźbami będąc ich pewnym, ale... nie tego pragnął! Tak, nazywał się bogiem, tak brnął w tę narrację i uważał się za lepszego od innych, ale to nie potrzeba bycia błogosławionym przyciągała go do Morpheusa. Gdyby wystarczyło mu klęknięcie i morze pustych słów, siedziałby tu teraz zakochaną w nim po uszy panią prefekt, do której on sam nie czuł absolutnie nic. Ten chłopak był inny, wzbudzał w nim coś, czego wcześniej nie czuł - pękał od środka, w jego duszy na sile wzbierał wielki huragan i nie ucichł wcale, nawet mimo tego, że nastrój tej sytuacji się zmienił. Dolohov nie chciał tej bierności. Chciał, żeby ktoś zastukał w tę skorupę z drugiej strony i dał jej posypać się już całkowicie. Nie odrzucił więc rąk oplatających go w talii, zamiast tego ułożył własną dłoń na jego i zamarł, ale nie w kompletnym bezruchu, bo oddychał ciężko, trochę jakby głos ugrzązł mu w gardle, ale tak nie było. Nie mówił nic, słuchał uważnie, chcąc dobrze zrozumieć, do jakich przemyśleń zmusił go swoją poprzednią wypowiedzią. Potrafiłby, nie znając go tak naprawdę, wymienić wiele rzeczy, jakich mu zazdrościł. Nawet te słowa, tak ochoczo nazywane przez niego pustymi i bez wartości, w rzeczywistości nosiły w sobie tak wyraźną i pełną uczuć poetyckość... Problemem było to, że on się tej poetyckości bał, bliżej mu było do kogoś, kto zechce wyszarpać, wygryźć to czego pragnął, a może i pożreć to w całości, niż kogoś gotowego do skubania tego delikatnie paznokciami, okruch po okruchu.
On potrzebował wszystkiego, potrzebował świata, jego, tu i teraz, w jednej chwili, całowane przez Morpheusa usta należały do człowieka, który gdyby tylko mógł, pożarłby cały ten pieprzony Londyn i zachował go tylko dla siebie, żeby wreszcie nie czuć w sercu tej cholernej pustki, której nie potrafiło zapełnić nic... Ten głód rzucał się w oczy - to, w jaki sposób przeniósł swoje ręce na szatę Morpheusa, żeby znów zacisnąć na niej palce, jakby w niepewności, czy chłopak na pewno tutaj zostanie. Nikt by się tego nie domyślił, ale przed chwilą martwił się strasznie tym, że nie zdoła się ruszyć. Nie miał racji, mógł się ruszyć, mógł nawet mówić, chociaż było to inne niż wcześniej - napięcia narastającego mu w ciele nie dało się przyrównać do czegokolwiek innego niż spotkań właśnie z nim. Nigdy wcześniej się w nikim nie zauroczył.
Jego głos stał się... cichszy.
- Nie, to ty mówisz o bogach, ja mówię tylko i wyłącznie o jednym. - O sobie. - O bogu, którym nie „chcę być”, tylko o bogu, którym już jestem. - Najbardziej samotnym bogu na świecie. Bogu, który został wychowany w domu pozbawionym miłości, ale jednocześnie nie zatracił zdolności czucia jej. Bogu, który lubił myśleć o swojej boskości, żeby chociaż na moment wyrwać się z ponurego Little Hangleton i wmówić sobie, że nikt nie dostrzegał go przez to, że światło gwiazd było niedostrzegalne zza tak gęstej mgły. - Twoją wartością jest możliwość sprawienia, że chociaż na chwilę mógłbym... zejść na ziemię. - Zapomnieć o planie, jakim kierował się przez ostatnie lata. O tym, aby zdetronizować największych lokalnych astronomów - oni nazywali dzieci po imionach gwiazd, po nim będą nazywali gwiazdy.
Delikatny chłopak wyglądał teraz bardzo blado. Mógł budować wrażenie, jakby miał zaraz upaść na tę posadzkę, ale trzymał się Longbottoma w bardzo chciwy sposób.
- Podobam ci się? - To było oczywiste, ale najwyraźniej życzył sobie to usłyszeć.
- Mogłem zniszczyć twoje życie jeszcze zanim mi to wszystko powiedziałeś - rzucił mu, tonem wskazującym na to, że naprawdę w to wierzył. No i tak było przecież, w jego percpecji - dorobił się już tak szerokiego grona zapatrzonych w niego dzieciaków, aby móc rzucać takimi groźbami będąc ich pewnym, ale... nie tego pragnął! Tak, nazywał się bogiem, tak brnął w tę narrację i uważał się za lepszego od innych, ale to nie potrzeba bycia błogosławionym przyciągała go do Morpheusa. Gdyby wystarczyło mu klęknięcie i morze pustych słów, siedziałby tu teraz zakochaną w nim po uszy panią prefekt, do której on sam nie czuł absolutnie nic. Ten chłopak był inny, wzbudzał w nim coś, czego wcześniej nie czuł - pękał od środka, w jego duszy na sile wzbierał wielki huragan i nie ucichł wcale, nawet mimo tego, że nastrój tej sytuacji się zmienił. Dolohov nie chciał tej bierności. Chciał, żeby ktoś zastukał w tę skorupę z drugiej strony i dał jej posypać się już całkowicie. Nie odrzucił więc rąk oplatających go w talii, zamiast tego ułożył własną dłoń na jego i zamarł, ale nie w kompletnym bezruchu, bo oddychał ciężko, trochę jakby głos ugrzązł mu w gardle, ale tak nie było. Nie mówił nic, słuchał uważnie, chcąc dobrze zrozumieć, do jakich przemyśleń zmusił go swoją poprzednią wypowiedzią. Potrafiłby, nie znając go tak naprawdę, wymienić wiele rzeczy, jakich mu zazdrościł. Nawet te słowa, tak ochoczo nazywane przez niego pustymi i bez wartości, w rzeczywistości nosiły w sobie tak wyraźną i pełną uczuć poetyckość... Problemem było to, że on się tej poetyckości bał, bliżej mu było do kogoś, kto zechce wyszarpać, wygryźć to czego pragnął, a może i pożreć to w całości, niż kogoś gotowego do skubania tego delikatnie paznokciami, okruch po okruchu.
On potrzebował wszystkiego, potrzebował świata, jego, tu i teraz, w jednej chwili, całowane przez Morpheusa usta należały do człowieka, który gdyby tylko mógł, pożarłby cały ten pieprzony Londyn i zachował go tylko dla siebie, żeby wreszcie nie czuć w sercu tej cholernej pustki, której nie potrafiło zapełnić nic... Ten głód rzucał się w oczy - to, w jaki sposób przeniósł swoje ręce na szatę Morpheusa, żeby znów zacisnąć na niej palce, jakby w niepewności, czy chłopak na pewno tutaj zostanie. Nikt by się tego nie domyślił, ale przed chwilą martwił się strasznie tym, że nie zdoła się ruszyć. Nie miał racji, mógł się ruszyć, mógł nawet mówić, chociaż było to inne niż wcześniej - napięcia narastającego mu w ciele nie dało się przyrównać do czegokolwiek innego niż spotkań właśnie z nim. Nigdy wcześniej się w nikim nie zauroczył.
Jego głos stał się... cichszy.
- Nie, to ty mówisz o bogach, ja mówię tylko i wyłącznie o jednym. - O sobie. - O bogu, którym nie „chcę być”, tylko o bogu, którym już jestem. - Najbardziej samotnym bogu na świecie. Bogu, który został wychowany w domu pozbawionym miłości, ale jednocześnie nie zatracił zdolności czucia jej. Bogu, który lubił myśleć o swojej boskości, żeby chociaż na moment wyrwać się z ponurego Little Hangleton i wmówić sobie, że nikt nie dostrzegał go przez to, że światło gwiazd było niedostrzegalne zza tak gęstej mgły. - Twoją wartością jest możliwość sprawienia, że chociaż na chwilę mógłbym... zejść na ziemię. - Zapomnieć o planie, jakim kierował się przez ostatnie lata. O tym, aby zdetronizować największych lokalnych astronomów - oni nazywali dzieci po imionach gwiazd, po nim będą nazywali gwiazdy.
Delikatny chłopak wyglądał teraz bardzo blado. Mógł budować wrażenie, jakby miał zaraz upaść na tę posadzkę, ale trzymał się Longbottoma w bardzo chciwy sposób.
- Podobam ci się? - To było oczywiste, ale najwyraźniej życzył sobie to usłyszeć.
with all due respect, which is none