Rozmowy przepływały przez niego, jak woda pomiędzy kamieniami w potoku, płynnie, ochlapując go swoimi cząsteczkami, złączając w rytm strumienia, ale ostatecznie pozostając inną materią, anwet jeżeli na początku wybił się do przodu, swoją dwojaką naturą Gryfona o kruczych skrzydłach. Zabawne, że miał lęk wysokości, gdy w jego życiu było tyle ptasich symboli. Orły, kruki, kukułki. Nawet jeżeli parł do przodu, z łatwością dwójka przyjaciół wyminęła go, nie spieszył się, rażony nagłą myślą, której mieć nie chciał. A wystarczy przejść przez lustro i wszystko zniknie. Co?
Co oni mówili o lustrze? Nie, nie mało to znaczenia przecież. Tak samo jak drugie małżeństwo Dolohova, jego blond Anneleigh, tak samo jak ciemnowłosy asystent. Mogli pieprzyć się w trójkącie i brać ją na dwa baty jeśli mieli taką ochotę, przecież nic mu do tego. Alkohol jednak nie znieczulił go, wręcz przeciwnie, zgnieciony żołądek doskwierał mu bardzo mocno. Na szczęście jednak to nie była żadna para, która uznała, że potrzebuje chwili wytchnienia dla spragnionych lędźwi, ani nikt, kogo imię zaczynało się na V, a kończyło na akel, razem z asystentem. Zwłaszcza w ostatnim przypadku procenty i złość mógłby zaskutkować pytaniem czy może się przyłączyć.
Blady, chociaż przez wieczorne powietrze i informacje od przyjaciół, przetrzeźwiały, przyjrzał się roślinie. Znów te chwasty.... Ciekawość nie była w nim już tak silna, ale połączył kropki, zaś grube gałęzie prowadzące od matki do sali balowej potwierdziły jego przepuszczenia. Cały czas było w towarzystwie rośliny, tylko obecnie dojrzeli jej centrum.
— Trochę groteskowa ta dekoracja — stwierdził, patrząc na roślinę, która zdecydowanie nie miałam pokojowych zamiarów wobec czwórki weselnych gości. — Kiedy mówiłem, że macie mnie pochować na łożu z róży nie to miałem na myśli i to było bardzo dawno temu. Teraz bym wybrał inny ryt funeralny, związany z całopaleniem. Chodźcie, roślinka chyba...
Wtedy roślina chłosnęła Jonathana jednym ze swoich kolczastych pnączy, zakończonych girlandami czerwonych róż.