17.07.2024, 22:29 ✶
Czasami byłem wariatem, niepoprawnym romantykiem, idiotą goniącym za marzeniami ściętej głowy, ale... Czasami kradłem portfele, żeby ujrzeć zdjęcia osób w nim skitranych. Czasami wyobrażałem sobie, że ktoś ma w portfelu zdjęcie swojej mućki, żywicielki rodziny i że ja ten wizerunek świętej krówki kradnę... dla własnych przyjemności, dla cieszenia oczu i serca, i serca, i oczu... Wiadomo, jak to ze mną bywało... Albo nie wiadomo było?
Wylegiwałem się leniwie na jednym z dachów. Często to robiłem, kiedy miałem fajrant. Obserwowałem chmurki albo obserwowałem ludzi. Zależy, czy bardziej mi przypadało leżeć na brzuszku, czy może jednak na plecach. Wszystko zależało od dnia i od chęci na psoty, na zabawy, na chichoty. Dziś miałem te chęci większe, więc obserwowałem sobie przechodniów. Pewnie bym machał wesoło ogonem, gdybym był w kociej postaci, ale niestety jako mężczyzna nie miałem ogona, a szkoda. Byłoby super, bo ogon to był ogon. Z nim zawsze było wiadomo co, gdzie i jak, a bez ogona to jak bez ręki.
A czasami to kradłem po prostu z fascynacji. Nic tak fajnie nie brzęczało jak pełniutki mieszek, więc zeskoczyłem z dachu. Całkiem sprawnie, boczkiem, jakbym był częstym bywalcem. Zrobiłem kilka niedbałych kroczków i kilka kolejnych... Pani Pippins! Co to za zdrada była?!?!?! Dla Leosia mleczko, a nie dla jakichś domokrążców podgrzane wafelki! Trochę się oburzyłem z tej zazdrości, ale... Upsik, wpadłem sobie niechcący na Pana Dobrze Przywitanego Dægberhta i zwędziłem mu tę sakiewkę. Z czystej, kociej złośliwości.
- Sorka, sorka - rzuciłem jedynie za to popchnięcie, śmiejąc się jak wariat. Od razu widać było, że knułem coś niedobrego. Ukłoniłem się lekko pani Pippins i wyrwałem do przodu, znikając przy pierwszym lepszym zakręcie. Miałem przeogromną nadzieję, że Berty Lizuś Jeden się za mną rzuci, bo przecież nudna to kradzież, kiedy pozwalają się okradać. Musiało być trochę adrenaliny w tej zabawie. No nie?
Wylegiwałem się leniwie na jednym z dachów. Często to robiłem, kiedy miałem fajrant. Obserwowałem chmurki albo obserwowałem ludzi. Zależy, czy bardziej mi przypadało leżeć na brzuszku, czy może jednak na plecach. Wszystko zależało od dnia i od chęci na psoty, na zabawy, na chichoty. Dziś miałem te chęci większe, więc obserwowałem sobie przechodniów. Pewnie bym machał wesoło ogonem, gdybym był w kociej postaci, ale niestety jako mężczyzna nie miałem ogona, a szkoda. Byłoby super, bo ogon to był ogon. Z nim zawsze było wiadomo co, gdzie i jak, a bez ogona to jak bez ręki.
A czasami to kradłem po prostu z fascynacji. Nic tak fajnie nie brzęczało jak pełniutki mieszek, więc zeskoczyłem z dachu. Całkiem sprawnie, boczkiem, jakbym był częstym bywalcem. Zrobiłem kilka niedbałych kroczków i kilka kolejnych... Pani Pippins! Co to za zdrada była?!?!?! Dla Leosia mleczko, a nie dla jakichś domokrążców podgrzane wafelki! Trochę się oburzyłem z tej zazdrości, ale... Upsik, wpadłem sobie niechcący na Pana Dobrze Przywitanego Dægberhta i zwędziłem mu tę sakiewkę. Z czystej, kociej złośliwości.
- Sorka, sorka - rzuciłem jedynie za to popchnięcie, śmiejąc się jak wariat. Od razu widać było, że knułem coś niedobrego. Ukłoniłem się lekko pani Pippins i wyrwałem do przodu, znikając przy pierwszym lepszym zakręcie. Miałem przeogromną nadzieję, że Berty Lizuś Jeden się za mną rzuci, bo przecież nudna to kradzież, kiedy pozwalają się okradać. Musiało być trochę adrenaliny w tej zabawie. No nie?