17.07.2024, 22:45 ✶
Rozmawiam z Heather, po czym idę z nią do Atreusa i Basiliusa.
Chociaż podczas obecnego stażu w Szpitalu św. Munga Cameron zdążył zetknąć się pary razy ze śmiercią i stanami do niej zbliżonymi, tak widział też prawdziwe cuda na salach operacyjnych, do których wstęp mieli najwybitniejsi uzdrowiciele i medycy w Londynie. Czasem oberwanie klątwą mogło równać się wylądowaniem pięć metrów pod ziemią, ale zdarzało się też, że eksperci od magii leczniczej potrafili ściągnąć czarodziejów i czarownice z granicy między życiem a śmiercią.
Może dlatego właśnie zakładał, że między trzydziestymi urodzinami a grobem było jeszcze miejsce na miotłę inwalidzką. Bądź co bądź, kalectwo mogło nawiedzić człowieka nie tylko w związku z poważnym wypadkiem, ale też starością czy nieprzewidzianymi wypadkami. Była w tym dużo większa losowość. Nawet biorąc pod uwagę to, że obecnie po kraju latały grupy zamaskowanych terrorystów. Lupin pokręcił głową i zaśmiał się krótko na wzmiankę o działalności rodziców swojej dziewczyny.
Niestety, nie było im dane dłużej na ten temat pożartować, ponieważ zjawił się Atreus i... Rzeczy zaczęły się po prostu... Dziać.
— Nie słyszałaś o szczęściu początkującego? — sapnął do Heather przyciszonym głosem, co by Bulstrode nie usłyszał. Gdzieś z tyłu głowy zaświeciła mu się lampka, że z miotlarstwem i quidditchem to nie miał za wiele wspólnego od dobrych kilku lat, ale przecież... Nikt mu nie będzie się dowalał do jego kobiety, prawda? — M-musimy m-y bronić honoru n-naszego nazwiska. To znaczy p-p-przyszłego nazwiska, c'nie?
Zazwyczaj to on był tym odpowiedzialnym w związku, więc może powinien był zauważyć, że coś było naprawdę nie w porządku, skoro jego własna narzeczona mówiła mu, że coś było z nim nie tak. Ale przecież nie mógł tak zostawić tej sprawy! Heather rzuciłaby się w jego obronie jak lwica, gdyby - chociażby - Florence Bulstrode postanowiła go zaczepić. Skoro mieli wieść długie i szczęśliwe życie, to powinien zachowywać się podobnie.
— P-poza tym, to nie może być takie trudne. Lataliście wokół zamku na treningach w Hogwarcie, prawda? — Wbił w nią pełne nadziei spojrzenie. — Skoro zwykłe nastolatki to potrafiły, to... Cz-czemu nie ja?
Zanim Ruda zdołała mu jeszcze raz wytłumaczyć, czemu ten pomysł był fatalny, Atreus ich do siebie przywołał. Policzki Camerona pokryły się intensywną czerwienią, gdy ten użył nazwy drużyny. Nie odważył się jednak zerknąć na innych gości ogniska z obawy, że zobaczy w ich oczach... Niezrozumienie. Bo Wichry z Carlisle były grupą całkowicie fikcyjną, którą wymyślił niecałe dwie minuty temu.
— T-tak! Tak, idziemy! — Pociągnął Heather za rękę. — Macie wolną miotłę czy mam lecieć z moim kochanie?
Chociaż podczas obecnego stażu w Szpitalu św. Munga Cameron zdążył zetknąć się pary razy ze śmiercią i stanami do niej zbliżonymi, tak widział też prawdziwe cuda na salach operacyjnych, do których wstęp mieli najwybitniejsi uzdrowiciele i medycy w Londynie. Czasem oberwanie klątwą mogło równać się wylądowaniem pięć metrów pod ziemią, ale zdarzało się też, że eksperci od magii leczniczej potrafili ściągnąć czarodziejów i czarownice z granicy między życiem a śmiercią.
Może dlatego właśnie zakładał, że między trzydziestymi urodzinami a grobem było jeszcze miejsce na miotłę inwalidzką. Bądź co bądź, kalectwo mogło nawiedzić człowieka nie tylko w związku z poważnym wypadkiem, ale też starością czy nieprzewidzianymi wypadkami. Była w tym dużo większa losowość. Nawet biorąc pod uwagę to, że obecnie po kraju latały grupy zamaskowanych terrorystów. Lupin pokręcił głową i zaśmiał się krótko na wzmiankę o działalności rodziców swojej dziewczyny.
Niestety, nie było im dane dłużej na ten temat pożartować, ponieważ zjawił się Atreus i... Rzeczy zaczęły się po prostu... Dziać.
— Nie słyszałaś o szczęściu początkującego? — sapnął do Heather przyciszonym głosem, co by Bulstrode nie usłyszał. Gdzieś z tyłu głowy zaświeciła mu się lampka, że z miotlarstwem i quidditchem to nie miał za wiele wspólnego od dobrych kilku lat, ale przecież... Nikt mu nie będzie się dowalał do jego kobiety, prawda? — M-musimy m-y bronić honoru n-naszego nazwiska. To znaczy p-p-przyszłego nazwiska, c'nie?
Zazwyczaj to on był tym odpowiedzialnym w związku, więc może powinien był zauważyć, że coś było naprawdę nie w porządku, skoro jego własna narzeczona mówiła mu, że coś było z nim nie tak. Ale przecież nie mógł tak zostawić tej sprawy! Heather rzuciłaby się w jego obronie jak lwica, gdyby - chociażby - Florence Bulstrode postanowiła go zaczepić. Skoro mieli wieść długie i szczęśliwe życie, to powinien zachowywać się podobnie.
— P-poza tym, to nie może być takie trudne. Lataliście wokół zamku na treningach w Hogwarcie, prawda? — Wbił w nią pełne nadziei spojrzenie. — Skoro zwykłe nastolatki to potrafiły, to... Cz-czemu nie ja?
Zanim Ruda zdołała mu jeszcze raz wytłumaczyć, czemu ten pomysł był fatalny, Atreus ich do siebie przywołał. Policzki Camerona pokryły się intensywną czerwienią, gdy ten użył nazwy drużyny. Nie odważył się jednak zerknąć na innych gości ogniska z obawy, że zobaczy w ich oczach... Niezrozumienie. Bo Wichry z Carlisle były grupą całkowicie fikcyjną, którą wymyślił niecałe dwie minuty temu.
— T-tak! Tak, idziemy! — Pociągnął Heather za rękę. — Macie wolną miotłę czy mam lecieć z moim kochanie?