Ruda stała i spoglądała na Camerona z niedowierzaniem. Dlaczego on to sobie robił? Czy na pewno było z nim wszystko w porządku? Nienawidził wysokości, nigdy z nimi nie latał, przecież od samego patrzenia na nich na niebie robiło mu się niedobrze. Chyba do reszty go pomyliło. Znaczy argument, jaki jej przedstawił, czyli chronienie ich przyszłego nazwiska nawet do niej przemawiał, ale przecież ona mogła to zrobić sama. Grała w quidditcha od lat, mało kto był jej w stanie dorównać. Wiadomo, Atreus był cwanym lisem i mógł się pokusić o jakieś sztuczki, więc musiała być czujna.
Podparła się o swoją miotłę, wpatrywała się w chłopaka dłuższą chwilę. Kimże była, żeby zabraniać mu lecieć? No jego narzeczoną, miała nadzieję, że nie spierdoli się z klifów, bo to by była zdecydowanie jej wina. Odetchnęła jednak głęboko, nigdy nie należała do tych specjalnie rozsądnych osób. - Jak się zabijesz, to cię znajdę i zabiję drugi raz. - Tak, to była groźba.
Atreus ich zawołał. Czas najwyższy więc rozpocząć wyścig, Cameron pociągnął ją za rękę, posłała mu zabójcze spojrzenie. - Na pewno nie lecisz z twoim kochaniem, bo zamierzam to wygrać. - Wolała uniknąć przemierzania nieba z balastem, była pewna, że sama może to wygrać, z Lupinem zdecydowanie mogłoby być jej trudniej. - Zorganizuj sobie jakąś miotłę, zobacz, tam ktoś zostawił swoją. - Pokazała mu palcem na miotłę leżącą na piasku. Ktoś chujowo ją zaparkował.
Podeszła więc do Bulstrode'a. Wysłuchała, którędy mieli się ścigać, poczekała, aż Cameron do nich dołączy. Cóż, kiedy usłyszała komendę startu odepchnęła się stopami od ziemi i ruszyła w pizdu.