18.07.2024, 00:18 ✶
Rozmawiam z Heather, a potem biorę udział w wyścigu miotlarskim.
— Miałem powiedzieć to samo, ale potrzeba obrony twojego dobrego imienia zwyciężyła — mruknął pod nosem, gdy skierowali się w stronę Bulstrode'a.
Pokiwał głową na komentarz Rudej. Może i nie znał się za bardzo na miotlarstwie, ale ogarniał jeden dosyć prosty fakt: każdy środek transportu miał swoje limity ciężkości. A lot w dwie osoby mógł zdecydowanie utrudnić Heather bezpieczne manewrowanie w przestworzach. To pewnie dlatego pałkarze nie latają na jednej miotle, pomyślał przelotnie, raz jeszcze wykazując się brakiem zrozumienia zasad quidditcha.
Nie minęło dużo czasu, a Lupin wrócił z pożyczoną miotłą na linię startu. Nie wiedział, do kogo należała, ale prawdę mówiąc, nie bardzo chciał się nad tym zastanawiać. Teraz liczyło się tylko i wyłącznie to, aby nie zbłaźnić się przed tymi wszystkimi ''ekspertami'', którzy zapewne będą oglądać ich podniebne popisy. Cameron przełknął głośno ślinę i przejechał spoconą dłonią po trzonku.
— Obyś przyniosła mi dziś szczęście — wymruczał, stając po lewej stronie od Heather, czekając na odpowiednią komendę.
Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, jak idiotyczny był to pomysł. Przecież jak do tej pory nie wsiadał na ten środek transportu z prostego powodu: bał się wypadku. Bał się uszkodzeń ciała. Bał się tego, że złamie sobie nadgarstek w kluczowym miejscu, co nie pozwoli mu na przeprowadzanie skomplikowanych zabiegów magicznych w przyszłości. A teraz... A teraz ryzykował tym wszystkim, tylko po to, aby utrzeć nosa Bulstrode'owi.
Cameron wziął głęboki oddech i dosiadł miotełki, a wraz z nadejściem odpowiedniego sygnału dźwiękowego, odbił się stopami od ziemi, lecąc w górę. Gdy tylko znalazł się na wysokości dziesięciu centymetrów nad ziemią, zaczął się intensywnie modlić i przepraszać Matkę Naturę za wszystkie swoje grzeszki, jakimi mógł ją obrazić w ciągu ostatnich kilku lat. Dobry Merlinie, miej swoje dziecko w opiece...
— Miałem powiedzieć to samo, ale potrzeba obrony twojego dobrego imienia zwyciężyła — mruknął pod nosem, gdy skierowali się w stronę Bulstrode'a.
Pokiwał głową na komentarz Rudej. Może i nie znał się za bardzo na miotlarstwie, ale ogarniał jeden dosyć prosty fakt: każdy środek transportu miał swoje limity ciężkości. A lot w dwie osoby mógł zdecydowanie utrudnić Heather bezpieczne manewrowanie w przestworzach. To pewnie dlatego pałkarze nie latają na jednej miotle, pomyślał przelotnie, raz jeszcze wykazując się brakiem zrozumienia zasad quidditcha.
Nie minęło dużo czasu, a Lupin wrócił z pożyczoną miotłą na linię startu. Nie wiedział, do kogo należała, ale prawdę mówiąc, nie bardzo chciał się nad tym zastanawiać. Teraz liczyło się tylko i wyłącznie to, aby nie zbłaźnić się przed tymi wszystkimi ''ekspertami'', którzy zapewne będą oglądać ich podniebne popisy. Cameron przełknął głośno ślinę i przejechał spoconą dłonią po trzonku.
— Obyś przyniosła mi dziś szczęście — wymruczał, stając po lewej stronie od Heather, czekając na odpowiednią komendę.
Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, jak idiotyczny był to pomysł. Przecież jak do tej pory nie wsiadał na ten środek transportu z prostego powodu: bał się wypadku. Bał się uszkodzeń ciała. Bał się tego, że złamie sobie nadgarstek w kluczowym miejscu, co nie pozwoli mu na przeprowadzanie skomplikowanych zabiegów magicznych w przyszłości. A teraz... A teraz ryzykował tym wszystkim, tylko po to, aby utrzeć nosa Bulstrode'owi.
Cameron wziął głęboki oddech i dosiadł miotełki, a wraz z nadejściem odpowiedniego sygnału dźwiękowego, odbił się stopami od ziemi, lecąc w górę. Gdy tylko znalazł się na wysokości dziesięciu centymetrów nad ziemią, zaczął się intensywnie modlić i przepraszać Matkę Naturę za wszystkie swoje grzeszki, jakimi mógł ją obrazić w ciągu ostatnich kilku lat. Dobry Merlinie, miej swoje dziecko w opiece...
Rzut 1d100 - 27
Rzut 1d100 - 2