09.01.2023, 15:12 ✶
Dla Victorii było to niemałe wyzwanie, wspiąć się na pierwsze piętro budynku, otworzyć okno i przez nie przeleźć – a wszystko w tej paskudnej sukni. Z początku stała tam, zadzierając głowę do góry, modląc się po nosem do wszystkich świętości – na szczęście to nie było tak wysoko, żeby zaczęła panikować z powodu lęku wysokości. Sauriel musiał mieć prawdziwy ubaw i świetny widok, Victoria jednak się uparła. I prawdę mówiąc… Sama się dobrze bawiła. Trochę jak taka nastolatka, która robi coś wbrew zakazom rodziców – ale tu żadnego zakazu nie było. To po prostu Tori była tak uparta, że chciała zrobić coś po swojemu i mieć swoje tajemnice od rodziców. Odpłacić się pięknym za nadobne. Przebrała się w znacznie prostszą sukienkę – a to po to, żeby jednak w razie czego móc udawać, że są razem by się bawić, a nie pracować, znowu rozpuściła włosy, przebrała buty na znacznie bardziej stabilniejsze, a to co miała na sobie obecnie wcisnęła do magicznej torebki. I tak znowu przelazła przez okno i ślizgając się po małym daszku zeszła niżej i przewiesiła się rękoma, by w końcu znaleźć się na dole. Cała na biało. Tak naprawdę to nie – miała na sobie czarną sukienkę kończącą się nad kolanami, z długim rękawem, ale i wydekoltowaną. Tym razem miała też płaszcz.
Rzeczywiście badała otoczenie. trzymała rękę w kieszeni płaszcza, zaciskając ją na swojej różdżce i uważnie skanowała otoczenie, nie mówiąc absolutnie nic, kiedy Sauriel dokonywał swoich własnych poprawek w wyglądzie. Nie bała się. Czuła dreszczyk emocji na myśl o tym, co może ich spotkać, ale… w obecności Sauriela rzeczywiście się nie bała. Nie bała się jego. Ufała mu? Właściwie… to tak. Może to absurdalne, może cholernie głupie, ale nie bała się go. Łatwo też zapominała, że tak naprawdę ma do czynienia z wampirem. Ale może musiała zapominać. Przecież… Ten mężczyzna w którymś momencie miał stać się jej mężem. Miałaby się więc bać własnego męża? Miałaby ciągle tylko myśleć o tym, że jest wampirem, który zakończy jej żywot? Przecież tak nie można było żyć. Dlatego wiedziała, że w momencie, w którym zacznie się bać, to przegra wszystko.
- Oczywiście – wymruczała, nie dodając, że "na tyle na ile może". To wydawało się całkowicie zbędne… I nie pomagało na morale. Nie wiedziała czego może się spodziewać, w zanadrzu była przygotowana na rzucanie Protego i innych zaklęć, ale z czarnoksiężnikami nigdy nie było nic wiadome – tego nauczyła ją jej praca.
Pierwszy raz widziała, żeby Sauriel w ogóle wyciągnął różdżkę, ale nic nie powiedziała. Kiedy on otwierał przejście – ona opierała się o mur budynku plecami i obserwowała otoczenie, by po chwili gładko obrócić się i jednym zgrabnym obrotem znaleźć się w środku. Tam odgarnęła włosy, ściągnęła płaszcz i wcisnęła go szybko do torebeczki, teraz już wyciągnąwszy swoją różdżkę i trzymając ją na widoku. Nadal obserwowała otoczenie – tak w razie czego.
Pierwsze wymachy rękoma i nic. Próba numer dwa i trzy też nic nie dały. Victoria w końcu westchnęła głośniej zniecierpliwiona. - Przestań się bawić. Mam ci pomóc? – cisnęło jej się na usta i chyba w ostatniej chwili ugryzła się w język, bo klapa w końcu się otworzyła, a oni mogli zejść na dół.
- Zamierzasz być moją nie-żywą tarczą? – mruknęła zza jego pleców, idąc za nim wąskim korytarzem. - Postaram się – rzuciła po chwili, bo domyślała się dlaczego. Bo "Eryk urwie mu jajca, jeśli coś jej się stanie", jakoś tak to szło. Nie zmieniało to faktu, że kobieta była nieprzyzwyczajona do tego, by się za kimś chować.
W końcu po dłuższej wędrówce korytarzem zatrzymali się, bo przejście było zablokowane – chronione za barierą. I cokolwiek Sauriel próbował z nią zrobić, tym razem Viki już się nie powstrzymała.
- Dobra, przestań się bawić. Ja to zrobię – i przecisnęła się zza pleców mężczyzny do przodu, by zacząć badać charakter bariery. Jeśli Victoria naprawdę była w czymś dobra, to w magii rozpraszania – oklumentką nie była przecież dlatego, że tę zdolność zdobyła na wyprzedaży. Była naprawdę dobra w obronie. W tarczach. I w tym, by odwrócić jakieś zaklęcia. Trwało to chwilę – kilka machnięć różdżką, milka wymruczanych pod nosem słów, zmarszczone brwi i…
Pufff.
Bariera zniknęła z cichym "zzzzzzp".
- To co… Panowie przodem? – uśmiechnęła się krzywo do Sauriela.
Rzeczywiście badała otoczenie. trzymała rękę w kieszeni płaszcza, zaciskając ją na swojej różdżce i uważnie skanowała otoczenie, nie mówiąc absolutnie nic, kiedy Sauriel dokonywał swoich własnych poprawek w wyglądzie. Nie bała się. Czuła dreszczyk emocji na myśl o tym, co może ich spotkać, ale… w obecności Sauriela rzeczywiście się nie bała. Nie bała się jego. Ufała mu? Właściwie… to tak. Może to absurdalne, może cholernie głupie, ale nie bała się go. Łatwo też zapominała, że tak naprawdę ma do czynienia z wampirem. Ale może musiała zapominać. Przecież… Ten mężczyzna w którymś momencie miał stać się jej mężem. Miałaby się więc bać własnego męża? Miałaby ciągle tylko myśleć o tym, że jest wampirem, który zakończy jej żywot? Przecież tak nie można było żyć. Dlatego wiedziała, że w momencie, w którym zacznie się bać, to przegra wszystko.
- Oczywiście – wymruczała, nie dodając, że "na tyle na ile może". To wydawało się całkowicie zbędne… I nie pomagało na morale. Nie wiedziała czego może się spodziewać, w zanadrzu była przygotowana na rzucanie Protego i innych zaklęć, ale z czarnoksiężnikami nigdy nie było nic wiadome – tego nauczyła ją jej praca.
Pierwszy raz widziała, żeby Sauriel w ogóle wyciągnął różdżkę, ale nic nie powiedziała. Kiedy on otwierał przejście – ona opierała się o mur budynku plecami i obserwowała otoczenie, by po chwili gładko obrócić się i jednym zgrabnym obrotem znaleźć się w środku. Tam odgarnęła włosy, ściągnęła płaszcz i wcisnęła go szybko do torebeczki, teraz już wyciągnąwszy swoją różdżkę i trzymając ją na widoku. Nadal obserwowała otoczenie – tak w razie czego.
Pierwsze wymachy rękoma i nic. Próba numer dwa i trzy też nic nie dały. Victoria w końcu westchnęła głośniej zniecierpliwiona. - Przestań się bawić. Mam ci pomóc? – cisnęło jej się na usta i chyba w ostatniej chwili ugryzła się w język, bo klapa w końcu się otworzyła, a oni mogli zejść na dół.
- Zamierzasz być moją nie-żywą tarczą? – mruknęła zza jego pleców, idąc za nim wąskim korytarzem. - Postaram się – rzuciła po chwili, bo domyślała się dlaczego. Bo "Eryk urwie mu jajca, jeśli coś jej się stanie", jakoś tak to szło. Nie zmieniało to faktu, że kobieta była nieprzyzwyczajona do tego, by się za kimś chować.
W końcu po dłuższej wędrówce korytarzem zatrzymali się, bo przejście było zablokowane – chronione za barierą. I cokolwiek Sauriel próbował z nią zrobić, tym razem Viki już się nie powstrzymała.
- Dobra, przestań się bawić. Ja to zrobię – i przecisnęła się zza pleców mężczyzny do przodu, by zacząć badać charakter bariery. Jeśli Victoria naprawdę była w czymś dobra, to w magii rozpraszania – oklumentką nie była przecież dlatego, że tę zdolność zdobyła na wyprzedaży. Była naprawdę dobra w obronie. W tarczach. I w tym, by odwrócić jakieś zaklęcia. Trwało to chwilę – kilka machnięć różdżką, milka wymruczanych pod nosem słów, zmarszczone brwi i…
Pufff.
Bariera zniknęła z cichym "zzzzzzp".
- To co… Panowie przodem? – uśmiechnęła się krzywo do Sauriela.