– Pewnie i tak więcej, w naszym kraju nekromancja ciągle jest zakazana i mało kto wie cokolwiek więcej, a jeśli wie, to się z tym nie obnosi – Victoria westchnęła, bo pomimo tego, że przyjaźniła się z kimś, kto naprawdę znał się na nekromancji, to i tak wiedzieli niewiele. – Tak, cała Wielka Brytania… – plotka bardzo szybko się rozeszła i nawet nie mieli na nią wpływu, a potem to… mogli tylko kontrolować sytuację na tyle, żeby więcej się nie wylało, zwłaszcza poufnych danych. Dlatego Victoria bardzo uważała co i komu mówi, mało komu mówiła coś więcej i bodaj na palcach jednej ręki mogła zliczyć tych, którzy znali cała opowieść od początku do końca. Byli ewenementem i tego nie dało się zaprzeczyć.
Jednak odpowiedzi, jakich udzielała ta kobieta, miały dla niej sens. Dla przypadkowej osoby pewnie by nie miały, ale dla ciemnowłosej aurorki… bo kiedy obca kobieta przykładała jej własną dłoń do piersi, gdy czuła swoje miarowe uderzenia serca, gdy mówiła o odwracaniu cyklu, Victoria otworzyła szerzej oczy i uniosła głowę, wpatrując się w Egipcjankę. Zamiast wrócić do cyklu, odwróciłaś go… Kobieta pewnie mogła się połapać, że Victoria wie o czym tamta mówi.
– Czy to znaczy, że umierałam? – czy jeszcze chwila i naprawdę byłaby martwa? Czy skoro odwróciła to, to znaczy że była teraz… bardziej niż żywa? Że nie była, jak ja czasem nazywano, nowym rodzajem żywego trupa, tylko całkowitym tego przeciwieństwem? Czy na granicy własnej śmierci, złapała to życie i odwróciwszy wszystko… wzięła więcej, niż powinna?
To nie była ewentualność, którą by do tej pory rozważała, choć może powinna, bo już słyszała opinie, że jej własna energia może być jedynie przyćmiona przez tą zabraną z Limbo. Ale co, jeśli…
Voldemort zabrał stamtąd coś dla siebie bardzo świadomie – oni kompletnie przypadkiem. On miał moc i wiedział co robi, i cholernie pewne, że jej nie zwróci. Czy więc pozbywając się jej nie skazywali się automatycznie na zmniejszenie szans przeciwko niemu?
To była jedna z myśli Victorii. Druga wykwitła w niej chwilę później, gdy nekromantka mówiła dalej. Wiedziała o kamieniu filozoficznym zapewne więcej, niż przeciętny alchemik – bo doświadczyła tego… i jednocześnie nie doświadczyła. Ale wiedziala, czuła i widziała. Znała składnik tego mitycznego wręcz kamienia; nie stworzył go jedynie Nicholas Flamel, który był z jej rodem spokrewniony bardziej, niż mogłoby się wydawać. Ale znała też jeszcze jedną osobę, której udało się tego dokonać. I wiedziała dlaczego. Dlatego ciągle kombinowała jak się dowiedzieć, czy tamten kamień nadal istnieje…
Ale wraz z pytaniem kobiety, nastąpiła trzecia myśl. Czy ona sama nie była teraz jak ten kamień filozofów? Co, gdyby oddać te nadmiarowa energię… komuś kto już nie żył… ale żył. Ale nie żył. I co jeśli… co gdyby wampir napił się jej krwi? Nigdy tego nie próbowali, ale co by się wtedy stało? Nad tym już jakiś czas dumała, ale raczej na zasadzie czy nie zaszkodziłoby to jej. A co gdyby było inaczej? Co gdyby podziałało to podobnie jak obecność kamienia filozofów? Co jeśli…
– Hmm, nie próbowałam – odpowiedziała w końcu, a odpowiedź nie brzmiała: nie. Brzmiała jak brzmiała, i brzmiała tak celowo. Uważne spojrzenie Victorii można było zrozumieć na wiele sposobów, ale prawda była taka, że kalkulowała, myślała. Nie próbowała przekazywać swojej energii sama odkąd wylazła z Limbo. Cynthia sama z siebie próbowała oddać jej trochę swojej energii, ale to nigdy nie było działanie Victorii. Znała jednak trochę nekromancji i wiedziała jak użyć zaklęcie Enerwate. – To znaczy… Nie próbowałam tego zrobić odkąd jestem taka jaka jestem. Ale znam zaklęcie Enerwate – całkowitą ignorantką, pomimo zakazu, nie była. I nie bała się tego mówić przy Brennie, przecież obie potrafiły chociażby wyczarować Patronusa, po prostu w brygadziści i autorzy nauczyli się udawać, że niczego nie widzieli. A przynajmniej część z nich.