19.07.2024, 08:23 ✶
“Uchodzący czas” był… Zabawnym konceptem. Absolutnie interesującym i z pewnością wartym rozważania, ale jednak bardziej zabawnym niż skłaniającym do poważnych refleksji. Zwłaszcza, gdy samemu żyło się czasem niemal wręcz pożyczonym. Każdy kolejny dzień był jak mały kredyt od losu i bogów. Godzina, za godziną - ciągła niewiedza kiedy to się wydarzy. Może jeszcze dziś, gdy będzie wracać do domu i nieopatrznie spojrzy zbyt długo w bezkresną przestrzeń nocnego, sierpniowego nieba. Może za kilka lat?
Klątwa krwi potrafiła być błogosławieństwem samym w sobie. Pomijając drobny szczegół jakim była nieubłagana śmierć (nawet jeśli zwykle określano to mianem kompletnego zatracenia ludzkiej natury), choroba ratowała ją przed wizją okrutnej starości i najwyraźniej też… jakimiś orientalnymi wygibasami, które musiał uskuteczniać Anthony. Po prawdzie mówiąc Lorien wolała już spędzić kilkanaście następnych lat w ptasiej formie, stworzywszy sobie gniazdko w jakiejś miłej kawiarni na Sycylii niż zakładać sobie nogi za głowę czy rekreacyjnie biegać.
Słuchała opowieści o wyjątkowo wygimnastykowanej nauczycielce z wyraźnym zainteresowaniem, choć gdyby nie daj Matko próbował ją przekonać do spróbowania tego czegoś na pewno usłyszałby “grazie, ale jeszcze nie oszalałam mój drogi.”
- Nie winię Cię.- Odparła, gdy przyznał swój brak zainteresowania wytwórstwem świec. Jeszcze do niedawna uważała, że nie da się żywić szczególnego zainteresowania wszelkimi kadzidełkami czy innymi olejkami. Wróć. Nadal tak uważała i nawet ślub z Mulciberem wcale tego przekonania nie zmienił szczerze mówiąc. Trzymała się z dala od biznesu rodzinnego. Sam temat produkcji, doboru składników czy właściwości działał na czarownicę jak najlepszy eliksir nasenny. Ale nie o samych świecach chciała rozmawiać. Upiła trochę wina.- Mam podejrzenie, że nie leżą nawet w kręgu zainteresowań mojego męża.
Zanim jednak wróciła do sedna opowieści o Lammas - a głównie o wyskokach swojej dzieciarni (coraz częściej łapała się na tym stwierdzeniu. Tak się przejawiał ten cały mityczny instynkt macierzyński?) Anthony poruszył dużo ciekawszy temat.
Przechyliła lekko głowę, wsłuchując się w plany przyjaciela. Było w nich coś uroczego, może nieco infantylnego. Dorośli ludzie błądzący po zakamarkach kontynentu w dziwacznej zabawnie w poszukiwaczy skarbu. Może gdyby świat wyglądał inaczej mogliby sobie na to pozwolić.
Uniosła delikatnie kieliszek, pozwalając światłu odbić się w jasnym winie.
- Tęskni… libyśmy za tobą.- W odpowiednim momencie złapała myśl i przekształciła ją w coś kompletnie bezosobowego. W coś co nie budziło żadnych wątpliwości. To oczywiste, że całe Ministerstwo by tęskniło. Cały kwartał bez szanownego pana Shafiqa, który skrywałby się jak podejrzewała gdzieś w sercu słonecznej Hiszpanii? Może w Katalonii, może w la Rioja. Ciężko było określić po pierwszym skosztowaniu, ale smak szczepu viura był nie do pomylenia dla kogoś kto nie kalał swoich kubków smakowych podrzędnymi winami produkowanymi dla mas.
- Ponoć Macabeo lubuje się w towarzystwie leniwych wód Ebro, Antonio.- Upiła łyk wina, dopiero teraz przenosząc wzrok na swojego gospodarza.- Rzeka byłaby dla nich niczym mityczne nici Ariadny.- I znów, ci wszyscy, pozbawieni twarz i imion “oni”. Zupełnie jakby odcinała się od tego wszystkiego. - Zagubieni w jej meandrach, koniec końców - doprowadziłaby ich wprost na próg … Castillo de los dragones? - Zaryzykowała. Hiszpański nigdy nie był jej mocną stroną, mogła co najwyżej zgadywać czy tłumaczenie miało jakikolwiek sens.
Klątwa krwi potrafiła być błogosławieństwem samym w sobie. Pomijając drobny szczegół jakim była nieubłagana śmierć (nawet jeśli zwykle określano to mianem kompletnego zatracenia ludzkiej natury), choroba ratowała ją przed wizją okrutnej starości i najwyraźniej też… jakimiś orientalnymi wygibasami, które musiał uskuteczniać Anthony. Po prawdzie mówiąc Lorien wolała już spędzić kilkanaście następnych lat w ptasiej formie, stworzywszy sobie gniazdko w jakiejś miłej kawiarni na Sycylii niż zakładać sobie nogi za głowę czy rekreacyjnie biegać.
Słuchała opowieści o wyjątkowo wygimnastykowanej nauczycielce z wyraźnym zainteresowaniem, choć gdyby nie daj Matko próbował ją przekonać do spróbowania tego czegoś na pewno usłyszałby “grazie, ale jeszcze nie oszalałam mój drogi.”
- Nie winię Cię.- Odparła, gdy przyznał swój brak zainteresowania wytwórstwem świec. Jeszcze do niedawna uważała, że nie da się żywić szczególnego zainteresowania wszelkimi kadzidełkami czy innymi olejkami. Wróć. Nadal tak uważała i nawet ślub z Mulciberem wcale tego przekonania nie zmienił szczerze mówiąc. Trzymała się z dala od biznesu rodzinnego. Sam temat produkcji, doboru składników czy właściwości działał na czarownicę jak najlepszy eliksir nasenny. Ale nie o samych świecach chciała rozmawiać. Upiła trochę wina.- Mam podejrzenie, że nie leżą nawet w kręgu zainteresowań mojego męża.
Zanim jednak wróciła do sedna opowieści o Lammas - a głównie o wyskokach swojej dzieciarni (coraz częściej łapała się na tym stwierdzeniu. Tak się przejawiał ten cały mityczny instynkt macierzyński?) Anthony poruszył dużo ciekawszy temat.
Przechyliła lekko głowę, wsłuchując się w plany przyjaciela. Było w nich coś uroczego, może nieco infantylnego. Dorośli ludzie błądzący po zakamarkach kontynentu w dziwacznej zabawnie w poszukiwaczy skarbu. Może gdyby świat wyglądał inaczej mogliby sobie na to pozwolić.
Uniosła delikatnie kieliszek, pozwalając światłu odbić się w jasnym winie.
- Tęskni… libyśmy za tobą.- W odpowiednim momencie złapała myśl i przekształciła ją w coś kompletnie bezosobowego. W coś co nie budziło żadnych wątpliwości. To oczywiste, że całe Ministerstwo by tęskniło. Cały kwartał bez szanownego pana Shafiqa, który skrywałby się jak podejrzewała gdzieś w sercu słonecznej Hiszpanii? Może w Katalonii, może w la Rioja. Ciężko było określić po pierwszym skosztowaniu, ale smak szczepu viura był nie do pomylenia dla kogoś kto nie kalał swoich kubków smakowych podrzędnymi winami produkowanymi dla mas.
- Ponoć Macabeo lubuje się w towarzystwie leniwych wód Ebro, Antonio.- Upiła łyk wina, dopiero teraz przenosząc wzrok na swojego gospodarza.- Rzeka byłaby dla nich niczym mityczne nici Ariadny.- I znów, ci wszyscy, pozbawieni twarz i imion “oni”. Zupełnie jakby odcinała się od tego wszystkiego. - Zagubieni w jej meandrach, koniec końców - doprowadziłaby ich wprost na próg … Castillo de los dragones? - Zaryzykowała. Hiszpański nigdy nie był jej mocną stroną, mogła co najwyżej zgadywać czy tłumaczenie miało jakikolwiek sens.