Lata gry w quidditcha zrobiły swoje, Heather wygrała wyścig - jakby w ogóle mogło być inaczej. Jak to powiedział Cameron? Obroniła honor ich nazwiska, czy coś. Tyle, że gdy dolatywała do mety do jej uszu doszła soczysta kurwa rzucona przez jej narzeczonego. Oczywiście najpierw dokończyła wyścig, aby mieć pewność, że go wygrała, a dopiero później zainteresowała się tym małym zamieszaniem - priorytety.
Wylądowała niedaleko zgromadzonych wokół Lupina ludzi. Głupio wyszło. Wiedziała, że coś sobie zrobił, ale przecież sama mówiła mu, że to jest naprawdę głupi pomysł, nie miała pojęcia dlaczego jej nie posłuchał, komu i co chciał udowodnić? To wiedział tylko on. Tym bardziej, że miał świadomość, że w tych dziedzinach życia to ona powinna godnie reprezentować ich dwójkę.
Przepchnęła się przez zgromadzonych ludzi. - Odsuń się. - Wysyczała przez zęby do Atreusa, żeby sprawdzić, czy jej narzeczony w ogóle żyje. Na szczęście był w jednym kawałku, nie wyglądał najlepiej, ale chyba mogło się to skończyć jeszcze gorzej, więc może wcale nie było tak źle.
- Co ty sobie myślałeś, mówiłam ci przecież! - Pierwszy raz to ona okazała się mieć w sobie odrobinę rozsądku, a on jej nie posłuchał. - Będzie żył? - Zapytała się jeszcze Basiliusa, w ogóle nie obeszło jej to, że chwilę wcześniej się z niego naśmiewała. W ostateczności będzie musiała poprosić o pomoc kogoś innego, wiedziała, że była tu szefowa Lupina i mimo, ze jej nie lubiła, to nie miałaby oporów, żeby zapytać ją o to, czy go poskłada.