Powinien się tym wszystkim przejąć, tymi deklaracjami zniszczenia, pokazem władzy, ale puścił je mimo uszu, zdecydował się, że w ostatecznym rozrachunku nie jest to coś, czym powinien się przejmować. Nie wtedy, gdy gwiazda błyszczała szklanym spojrzeniem i lśniącymi ustami. Apollo, bóg wieszczy. Były gorsze rzeczy, które sobie wyobrażał, a jakie mogły nastąpić na każdym etapie ich dziwnej relacji.
Z rumieńcem na twarzy i dudniącym sercem, miał ochotę wywrócić oczami. Nie przez samo pytanie, ale moment. Widocznie za słabo całował i odezwała się jego ambicja. Musieli dużo ćwiczyć, o ile Vakel mu pozwoli. Nadal obawiał się, że w tej wichurze emocji wszystko zakończy się wzgardliwym śmiechem, nie chciał być ofiarą, gdy obnażał część siebie, której nauczył się wstydzić. Denerwowało go to, że Dolohov od razu przeszedł do porządku dziennego, a przynajmniej zdawał się być tak opanowanym, gdy on miał wrażenie, że stąpa po kruchym lodzie, że za chwilę zapadnie się w wodę Arktyki, że porwie go burza, tchnienie koszmaru. Czy sobie uroił to spotkanie, czy to znów dar? Czy już oszalał?
— Tak. Idealna proporcja — przesunął rękę i ułożył dłoń na jego policzku, kciukiem przesuwając od czubka jego nosa pod dolinę łez. To samo miejsce, w które go uderzył. — Jak miedzy odległościami Ziemi, Słońca i Księżyca, aby Zaćmienie w ogóle powstało.
Patrzył na niego i nie mrugał, patrzył jakby chciał zdjąć jego skórę i poznać to, co kryło się pod nią. Nie mrugał, bo zapamiętywał każdą rysę. Tylu osób widziało w Vakelu idola, przyszłą gwiazdę, nadchodzącego Boga, tworzył dookoła siebie egregoryczne pole mocy, magnetyczne. Tyle czasu Morpheus opierał się temu polu, ale wystarczyła warkotliwa uwaga, coś spoza idealnie wypolerowanej porcelanowej zastawy istenia. To wzbudziło żarłoczność. Chciałby mieć go w tej formie, niedostępnej dla innych.
Na chwilę urwał połączenie spojrzeniem, zerknął ponad ramię Vasilija. Gwałtownie pociągnął go na bok, tym razem on blokował go pomiędzy ławką, a samym sobą. Chciał go karmić persymonami i całować, aż całkowicie go ogłupi. Nastoletnie pragnienie, aby być jak najbliżej, żeby dać się ponieść głupocie i pragnieniu.
W tym momencie tylko resztka rozumu i mignięcie czarnej szaty w prześwicie drzwi zatrzymywało go przed tym, aby całkowicie przyprzeć z siebie ludzkie mechanizmy, zdrowy rozsądek. Potrafił myśleć, nie był troglodytą, a jednak jeden kąsek go nie satysfakcjonował.
— Teraz muszę sprawdzić, ile jest mięsa w tobie, Vasiyenka, wiesz o tym? — jednocześnie zapytał i stwierdził, nachylając się, ale nie do ust, ale żeby ugryźć chłopaka w szyję, lekko, ale bardziej niż tylko skubnięcie skóry, mniej żeby zabolało. Zostawił w tym miejscu lekkie ślady zębach i nitkę śliny. Wilk, który czeka na posiłek.
Absolutnie nie powinni tego robić w tym miejscu. I on miał to z tyłu głowy, gotów odskoczyć, cały napięty, z zasadą ukrywania swoich zboczeń i pragnień. Spedalony syneczek mamusi.