19.07.2024, 14:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.07.2024, 20:20 przez Woody Tarpaulin.)
Lorien miała szczęście: Rejwach nie oferował jeszcze usług restauratorskich, więc Woody na pewno nie wyłapałby zbłąkanego ptaszka na gulasz czy do nadziewania.
Wieczór w barze toczył się swoim zwykłym rytmem. Przy stolikach wrzały rozmowy, klienci wstawali od nich i szli do baru z każdą kolejką coraz chwiejniejszym krokiem, a Woody chętnie im dolewał. Bujał się za kontuarem w rytm muzyki w pozornie wyśmienitym humorze, choć zdradzał swoim nieobecnym spojrzeniem niecodzienne zamyślenie.
Było w tym wnętrzu na swój sposób przytulnie. Ogień trzaskał w kominku, szumiały rozmowy, nagromadzenie ludzkich ciał pomagało ogrzać lokal, który wypełniały nostalgiczne jazzowe nuty. Krótko mówiąc: pub piękny, tylko ludzie nieco nieokrzesane kurwy. Ale nie przeszkadzało to aż tak Woody’emu, sporo stałych bywalców darzył mimo wszystko większą lub mniejszą sympatią.
Gdy pojawił się ptaszek, zamierzał wychodzić akurat zza lady do ściany portretów. Klient wdał się tam w awanturę z jedną z najbardziej zrzędliwych postaci na obrazach. Zmarły przeszło sto dwadzieścia lat temu właściciel Rejwachu sztorcował pijusa za niszczenie parkietu: naniósł błota i syfu więcej niż norma przewiduje. Zupełny brak wyobraźni, ogłady i umiejętności używania wycieraczek do butów.
Nim jednak Woody postąpił krok, coś smagnęło jego kapelusz, a sekundy później pod jego nogami trzasnęło szkło. Uniósł wzrok na ptaszka.
— Ty pierdolony…!
— Następnym razem możesz zapowiedzieć się listownie. — Nie był zły o tę flaszkę, wszelka irytacja uleciała z niego, gdy zobaczył umorusaną kobietę. Zapewne zjawiającą się w nie byle jakiej sprawie, skoro zadała sobie taki trud. Mimo to w jego słowach krył się delikatny przekąs. — Na piętrze mam prywatny kominek, zabezpieczony. Daj znać, to napalę wcześniej i wpadniesz w cywilizowany sposób.
Odkręcił kran i zamoczył pod wodą czysty, beżowy ręczniczek, po czym zaoferował go Crouch. Zaplecze, na którym się znajdowali, było starą kuchnią, używaną już wyłącznie dla celów prywatnych właściciela. Oprócz tego, że odgrzewał sobie w niej zupy, traktował pomieszczenie po części jak składzik. W rogu stał zaczarowany mop, część odgrodzona była stosem kartonów z podręcznym asortymentem, na jednym z palenisk zaś stał kociołek, znad którego rozchodził się aromatyczny zapach grzańca.
Korzystając z okazji, Woody podszedł do niego i wybrał gorącego wina chochlą do dwóch kubeczków.
— Więc co cię do mnie sprowadza, ptaszyno? — zapytał, podsuwając Crouch kubek i wolne kuchenne krzesło. Rozsiadł się swobodnie na drugim z nich i wbił w czarownicę wyczekujące spojrzenie spod ronda kowbojskiego kapelusza. Dawno sobie odpuścił oficjalne szaty. Ubrany był prosto: w gruby wełniany sweter i ciemne spodnie.
Wieczór w barze toczył się swoim zwykłym rytmem. Przy stolikach wrzały rozmowy, klienci wstawali od nich i szli do baru z każdą kolejką coraz chwiejniejszym krokiem, a Woody chętnie im dolewał. Bujał się za kontuarem w rytm muzyki w pozornie wyśmienitym humorze, choć zdradzał swoim nieobecnym spojrzeniem niecodzienne zamyślenie.
Było w tym wnętrzu na swój sposób przytulnie. Ogień trzaskał w kominku, szumiały rozmowy, nagromadzenie ludzkich ciał pomagało ogrzać lokal, który wypełniały nostalgiczne jazzowe nuty. Krótko mówiąc: pub piękny, tylko ludzie nieco nieokrzesane kurwy. Ale nie przeszkadzało to aż tak Woody’emu, sporo stałych bywalców darzył mimo wszystko większą lub mniejszą sympatią.
Gdy pojawił się ptaszek, zamierzał wychodzić akurat zza lady do ściany portretów. Klient wdał się tam w awanturę z jedną z najbardziej zrzędliwych postaci na obrazach. Zmarły przeszło sto dwadzieścia lat temu właściciel Rejwachu sztorcował pijusa za niszczenie parkietu: naniósł błota i syfu więcej niż norma przewiduje. Zupełny brak wyobraźni, ogłady i umiejętności używania wycieraczek do butów.
Nim jednak Woody postąpił krok, coś smagnęło jego kapelusz, a sekundy później pod jego nogami trzasnęło szkło. Uniósł wzrok na ptaszka.
— Ty pierdolony…!
* * *
— Następnym razem możesz zapowiedzieć się listownie. — Nie był zły o tę flaszkę, wszelka irytacja uleciała z niego, gdy zobaczył umorusaną kobietę. Zapewne zjawiającą się w nie byle jakiej sprawie, skoro zadała sobie taki trud. Mimo to w jego słowach krył się delikatny przekąs. — Na piętrze mam prywatny kominek, zabezpieczony. Daj znać, to napalę wcześniej i wpadniesz w cywilizowany sposób.
Odkręcił kran i zamoczył pod wodą czysty, beżowy ręczniczek, po czym zaoferował go Crouch. Zaplecze, na którym się znajdowali, było starą kuchnią, używaną już wyłącznie dla celów prywatnych właściciela. Oprócz tego, że odgrzewał sobie w niej zupy, traktował pomieszczenie po części jak składzik. W rogu stał zaczarowany mop, część odgrodzona była stosem kartonów z podręcznym asortymentem, na jednym z palenisk zaś stał kociołek, znad którego rozchodził się aromatyczny zapach grzańca.
Korzystając z okazji, Woody podszedł do niego i wybrał gorącego wina chochlą do dwóch kubeczków.
— Więc co cię do mnie sprowadza, ptaszyno? — zapytał, podsuwając Crouch kubek i wolne kuchenne krzesło. Rozsiadł się swobodnie na drugim z nich i wbił w czarownicę wyczekujące spojrzenie spod ronda kowbojskiego kapelusza. Dawno sobie odpuścił oficjalne szaty. Ubrany był prosto: w gruby wełniany sweter i ciemne spodnie.
piw0 to moje paliwo