09.01.2023, 22:27 ✶
Gdyby ktoś jej miesiąc temu powiedział, że będzie taką dziwną rozmowę prowadzić z Saurielem i że nie będzie ona podszyta złością, nienawiścią i chęcią dopieczenia drugiej stronie, to by się uśmiała i powiedziała, że niezły żart, ale takie bajki to proszę zostawić dla bajkopisarzy. A tymczasem szli sobie korytarzem do niebezpiecznej kryjówki i… tak. Droczyli się ze sobą. Przekomarzali. To było tak surrealistyczne, ale proszę bardzo – działo się. I przy tym oboje mieli poczucie, że coś tutaj chyba nie gra, a przy tym brnęli w to sobie dalej, sprawdzając te granice i na ile można sobie pozwolić. Victoria się rozluźniła w pewnym sensie – pomijając samą otoczkę sytuacji, gdzie mimo wszystko trzymała swoją różdżkę pewnie w dłoni, i wcale nie dźgała nią w plecy Sauriela; Sauriel też się rozluźnił.
- O wiele – usłyszał w odpowiedzi, a tuż za tym gwałtowne: – Uważaj! – kiedy zobaczyła, że zaraz przydzwoni głową w belkę. Ale nie przydzwonił. Miał dobry refleks. Ona sama nie musiała się schylać – była o tyle niższa od Sauriela, że jej głowa nie sięgała tak wysoko. Żeby nie było – nie odmówiła sobie i faktycznie spojrzała kilka razy na wyeksponowany teraz tyłek i pokręciła głową do siebie z niedowierzaniem. Nie, zdecydowanie nie spodziewała się, że będa prowadzili ze sobą tak swobodną rozmowę. O gapieniu się na czyjś tyłek.
- Aż tak ci się spieszy? – pani Rookwood… Taaa. Póki co była to matka Sauriela i pewnie kilka innych kobiet, ale nie Victoria. Jeszcze nie. - Może najpierw dojdźmy do punktu zaręczyn i wtedy zobaczymy – brzmiała na całkiem rozbawioną. - No chyba, że bardzo chcesz i potrzebujesz poćwiczyć… – ostatnio nie wiedział jak ją traktować, wtedy zaproponowała mu, że może zwracać się do niej per Tori. Dzisiaj bardzo szybko przeskoczył do pani Rookwood i nie miał tego problemu. - Prawda? Co ja bym biedna bez niej zrobiła – mapa… Tak. Jej rodzice wręczyli jej w dłonie taką mapę, a ta wcale nie prowadziła przez żaden labirynt. Ledwie na przestrzał do celu, który był jasno wytyczony i zarysowany przez ich rodziny. - O nie nie, to będziesz musiał odkryć sam – jeszcze czego, wszystko mu podawać na talerzu. A gdzie w tym ekscytacja z poznawania i z nieznanego?
- Powiedz mi lepiej co nas będzie czekać teraz, o ile wiesz. Bo póki co były to dwa hasła, jedna bariera… Zakładając, że nie idziemy wprost w jakąś malowniczą pułapkę – i niemalże jak na zawołanie korytarz za chwilę się skończył i weszli do jakiegoś opuszczonego pokoju, w którym drzwi leżały na podłodze, a ściany były obdrapane i pozbawione jakichkolwiek ozdób. Nie było tu praktycznie niczego. Żadnych mebli, żadnych innych drzwi. Nic.
- O wiele – usłyszał w odpowiedzi, a tuż za tym gwałtowne: – Uważaj! – kiedy zobaczyła, że zaraz przydzwoni głową w belkę. Ale nie przydzwonił. Miał dobry refleks. Ona sama nie musiała się schylać – była o tyle niższa od Sauriela, że jej głowa nie sięgała tak wysoko. Żeby nie było – nie odmówiła sobie i faktycznie spojrzała kilka razy na wyeksponowany teraz tyłek i pokręciła głową do siebie z niedowierzaniem. Nie, zdecydowanie nie spodziewała się, że będa prowadzili ze sobą tak swobodną rozmowę. O gapieniu się na czyjś tyłek.
- Aż tak ci się spieszy? – pani Rookwood… Taaa. Póki co była to matka Sauriela i pewnie kilka innych kobiet, ale nie Victoria. Jeszcze nie. - Może najpierw dojdźmy do punktu zaręczyn i wtedy zobaczymy – brzmiała na całkiem rozbawioną. - No chyba, że bardzo chcesz i potrzebujesz poćwiczyć… – ostatnio nie wiedział jak ją traktować, wtedy zaproponowała mu, że może zwracać się do niej per Tori. Dzisiaj bardzo szybko przeskoczył do pani Rookwood i nie miał tego problemu. - Prawda? Co ja bym biedna bez niej zrobiła – mapa… Tak. Jej rodzice wręczyli jej w dłonie taką mapę, a ta wcale nie prowadziła przez żaden labirynt. Ledwie na przestrzał do celu, który był jasno wytyczony i zarysowany przez ich rodziny. - O nie nie, to będziesz musiał odkryć sam – jeszcze czego, wszystko mu podawać na talerzu. A gdzie w tym ekscytacja z poznawania i z nieznanego?
- Powiedz mi lepiej co nas będzie czekać teraz, o ile wiesz. Bo póki co były to dwa hasła, jedna bariera… Zakładając, że nie idziemy wprost w jakąś malowniczą pułapkę – i niemalże jak na zawołanie korytarz za chwilę się skończył i weszli do jakiegoś opuszczonego pokoju, w którym drzwi leżały na podłodze, a ściany były obdrapane i pozbawione jakichkolwiek ozdób. Nie było tu praktycznie niczego. Żadnych mebli, żadnych innych drzwi. Nic.