rozmawiam z Millie i Bertiem; włosy mam już normalne
A jednak jej czujne oko wyłapało wszystkie uderzenia Millie i teraz powtórzyła je bezbłędnie – przynajmniej jeśli chodziło o precyzję, bo na pewno nie o siłę. Chyba trochę ze skupienia wyrwała ją uwaga Isaaka, do którego powiedziała:
– Panie Bagshot? – i spojrzenie jej uciekło na włosy, skonsternowana o co mogło mu chodzić. Kosmyki jej włosów, jakie zobaczyła, były inne niż je pamiętała, zamrugała i… no nie uderzyła wystarczająco mocno. Ale Ginny nigdy nie była typem, który by się bił na pięści, nie lubiła też krzywdzić innych (co nie znaczyło, że się do tego nie uciekała, gdy jednak trzeba było kogoś ochronić… albo coś), ale wgramolila się tu, bo padło hasło: konkurs i należało w nim uderzać manekin.
A jednak okazało się, że poszło jej najlepiej, przez co Gin rozpromieniła się jak to słońce, bo naprawdę kochała wygrywać i tak się uśmiechała do Millie, gdy ta wciskała jej do rąk gwizdek, a zaraz oznajmiła jeszcze, że może zamówić tort u samego Bertiego Botta! Oczywiście kojarzyła nazwisko! Kiedy usłyszała o fasolkach wszystkich smaków to przecież musiała spróbować… i spróbowała nadal. Kochała ryzyko, którego być może nie zrozumiałby każdy. Powinna się tym pochwalić Nell, ciekawe co by na to powiedziała…
Złapała za swoją torebkę, narzuciła ją sobie na ramię i nadal oglądając gwizdek, zeszła ze sceny za brygadzistką, wraz z resztą uczestników.
– Dziękuję! – odpowiedziała entuzjastycznie Bottowi już za sceną i zaraz schowała gwizdek do torebki, żeby go nie zgubić. Uniosła też wtedy spojrzenie na mężczyznę oraz na brygadzistkę, która prowadziła bardzo szybki kurs samoobrony. – To z tym tortem to nie żart? – zapytała za chwilę, ale w żadnym razie nie wyglądała na rozczarowaną, wręcz przeciwnie. Zresztą nie robiła tego dla nagrody, a dla samego faktu, że mogłaby wygrać, dla emocji, dla tego dreszczyku napięcia. – Nie wiem czy dobrze bym wyglądała w masie, a potem rzeźbie. I chyba w moim zawodzie nie przystoi – zachichotała, ciągle mówiąc z tym wyraźnym akcentem kogoś, kto nie mógł pochodzić stąd – jednak płynnie i bez zająknięcia. – Ale to nic. Czasami samo doświadczenie jest ważne – bo raczej wątpliwe, by jednak zaczęła ćwiczyć walkę wręcz… to pasowało do Cathala, nie do niej. – Wyszło bardzo dobrze, panno Moody, proszę się nie martwić – dodała zaraz spokojnie, niemal uspokajająco, uśmiechając się do brygadzistki i na moment przekrzywia głowę. – Pan Longbottom? Myślę, że umknął doleczyć dumę po tym, jak pokonała go kobieta – niewinny uśmiech, jaki na moment pojawił się na jej twarzy, zaraz zniknął i po prostu przysłuchiwała się paplaninie Millie. Tak, wymiana sowami… – Guinevere McGonagall, miło mi poznać – wyciągnęła dłoń do Bertiego, przedstawiając się krótko. – Ale wystarczy po prostu Ginny, albo Gwen… Gin też może być – zdawała sobie sprawę z tego jak dziwaczne miała imię, ale lubiła je. No i tyle powinno wystarczyć, by znali swoje nazwiska, sowa znajdzie adresata niezależnie od tego, gdzie był. – Inba spod świeczek? – przekrzywila głowę, bo prawdę powiedziawszy nie do końca zrozumiała to dziwne słowo… widać nawet jej czasami umykały pewne wyrażenia.