Tak pięknie i dumnie znosiła wszystkie jego parszywe oblicza, że zasługiwało to na specjalnie wyróżnienie. Choć z początku irytowało go niesamowicie, pragnął ją złamać, za wszystkie bezeceństwa jakich się dopuściła w jego kierunku, a ona nie dawał mu tej satysfakcji. Wynikająca z tego frustracja nakręcała go jeszcze bardziej i przez pewien czas pragnął wyłącznie tego, by zmusić ją do bezwarunkowej kapitulacji. Żeby Rosie ukorzyła się w swoim marnym stanie i przyjęła jego dominację za aksjomat.
Chwilę mu zajęło by zrozumieć, że tak po prostu się nie da i to nie wynik tego, że jego metody są nieodpowiednie. Bo prostu już od dłuższego czasu była na egzystencjalnym dnie, tak nisko że nawet Louvain nie potrafił tego dostrzec. Prawdziwy ból jaki chciał jej zadać, już dawno przyswoiła. I to od osoby w której pokładała najwięcej uczuć. Dopiero kiedy dostrzegł ten mechanizm dotarło do niego, że nie może złamać kogoś, kto już istnieje wyłącznie w drobnych elementach. Niczym układanie rozbitego witrażu, prędzej mógłby się skaleczyć, niż z nią wygrać.
A Kościana Księżniczka trafiła mu się zupełnym przypadkiem. Gdyby nie zaprosiła go wtedy do stolika, nie zaproponowała rozdania kart, kojarzyłby ją wyłącznie ze ślicznej buźki i posiadania najzgrabniejszego tyłka w Spectrum. Dopiero potem zorientował się, że jest ona faktycznym elementem tej spierdolonej układanki ćpuniska z kurwiskiem. Od tamtej pory zabawa Ambrosią nabrała dodatkowych atrakcji. Krzywdząc ją, krzywdził też swojego wroga, więcej zabawy w tej samej cenie.
Przeciągnął spojrzeniem po jej ustach, marszcząc brwi. To co powiedziała było nieco niedorzeczne, ale z drugiej strony uspokoiło go trochę. Nieformalność tej fasady, mianem ślubu, sporo ułatwiała. Niemniej jednak, to nie zmieniało faktu, że nie podzieliła się z nim tym przed tym jak, Mulciber obrzygał tym faktem jego starszą z sióstr. - I nie przyszło Ci do głowy, że warto mi o tym powiedzieć? Mógłbym coś z tym zrobić, skonfrontować to z nią, albo z kimś z rodziny... - odsyczał poirytowany jej błahym podejściem do sprawy. W rzeczywistości nie było to nic specjalnego, ale dla Loretty faktycznie mogło coś znaczyć. Była artystką napędzaną fantazjami i bodźcami zewnętrznymi. Dla zblazowanej panny jaką zdarzało się jej czasem być, scena z cygańskim ślubem z całą swoją ezoteryczną otoczką folkloru, była przynajmniej inspirująca. Od razu to zrozumiał. Tym samym poczuł jak dystans między nim, a bliźniaczką zaczyna rosnąć. Nie powiedziała mu o tym, a przecież mówili sobie niemalże o wszystkim. Zdenerwowany przymknął na moment oczy i ścisnął szeroko wargi. - Interesuje mnie wszystko co może rozwiązać te beznadziejną sytuację. - burknął mocno akcentując końcówkę zdania. Same problemy i znikąd pomocy.
Powoli nużył go już ten taniec, zdecydowanie wolał teraz doprowadzić ją do łez. Nie po to, żeby się odegrać, tylko żeby zredukować napięcie. Nic tak nie leczy zdeprawowanej duszy jak cudze łzy. Dwa kroki, przejście i obrót, cały czas trzymając swoją taneczną partnerkę w dyskomfortowym uścisku. Krótkim spojrzeniem dostrzegł inną, bardzo dobrze znajomą mu sylwetkę, wspomnieniami przywodząca chłodne miesiące, kiedy jego świat był prostszy i przyjemniejszy. Wibracje Trelawney, tych które zapisały się w jego pamięci grubą czcionką, wyczułby nawet przez ołowiowe ściany. Dostrzegł Millie, a tym samym z kim tańczyła. Powinien coś poczuć, ale myślał i widział zbyt tunelowo w obecnej formie. Uśmiechnął się szyderczo, ciesząc się z tego co zaraz nastąpi. Najpierw jednak znowu przymknął oczy i skupił się w sobie, sięgając głęboko w swój umysł, starając się zamienić go w prawdziwą twierdze. Ta telenowela ciągnęła się zbyt długo, żeby nie wiedzieć jakimi sztuczkami dysponuje lowar, więc adekwatnym była oklumancka defensywa swoich myśli i umysłu.
Niezależnie od efektu swojej obrony i tak zamierzał zrobić to co właściwie przed momentem wpadło mu do głowy. Bez zapytania, bez ostrzeżenia i bez skrupułów, przyciągnął Rosie jeszcze bliżej siebie, tak by ich twarze stykały się wręcz o siebie. Wypuścił Pannę Łezkę z tanecznej pozy, leczy tylko po to by jedną z dłoni chwycić ją za podbródek, a drugą za tył głowy, wplatając się palcami w jej włosy. Wcisnął swoje usta w jej usta, gwałtownie i nachalnie. Ewidentnie na pokaz, lecz nie tylko po to. Wbił się zębami w jej dolną wargę, przygryzając na tyle, by poczuć na języku i dziąsłach jej krew. Dopiero kiedy po podniebieniu rozlał się ten metaliczny posmak, odpuścił. Oderwał się tak szybko jak wbił się w nią przed chwilą. Nie była już mu potrzebna, więc nie nawet nie obdarzył Kościanej Księżniczki zwyrodniałym spojrzeniem. Zamiast tego odwrócił się w kierunku tego rybiego chuja, mając nadzieję że doskonale widział ten akt miłości napastniczej. Rozłożył ręce na boki w samczym geście, zapraszając do kolejnego tańca. Uśmiechał się szyderczo, prowokująco, a kilka kropel krwi już ściekała mu kącikiem ust, kapiąc po brodzie na parkiet. Był na swoim terenie, zdecydowanie pewny swojej pozycji, więc niech pchła dostanie pierwszy ruch.
rzut na rozpraszanie, obrona oklumencją przed wykazem intencji Alexandra
Sukces!
Sukces!