Każda sekunda w tej pozie wydawała się trwać całe wieki. Nic tak go wpędzało w gniew jak bezsilność. Zawsze ją odrzucał i nigdy nie przyjmował do siebie jak rezultat do zaakceptowania w jakiejkolwiek sytuacji w życiu. Zawsze było jakieś wyjście, nawet jeśli prowadziło prosto w oko cyklonu kłopotów, zawsze była to jakaś opcja. Lepiej było podjąć złą decyzje, niż nie podjąć żadnej. Tak było do tej pory, bo nigdy wcześniej nie był umierającym Zimnym.
No i nie było co ukrywać, był odrobinę na to przygotowany. Sam wymyślił ten groteskowo-romantyczny spacer po Lesie Wisielców i odwiedziny u starszej pani. Potrzebował pilnie odpowiedzi, na już, na wczoraj. Myśląc o tym wiedział, że może dojść do sytuacji gdzie będzie musiał przełknąć na gorzko gniew, lub ugryźć się w język. Że prawdopodobnie nie zostanie powitany słodyczami i babcinymi przetworami, a wręcz przeciwnie, kilka, w jego ocenie, bluźnierczych słów padnie w jego kierunku od Szeptuchy. Jemu nie pomogłaby nigdy, nawet za tym nie obstawiał, ale za pośrednictwem Ambrosie? Kto wie, przynajmniej mógł liczyć na łut szczęścia.
W końcu krępująca roślinność ustąpiła, a dziki i nadzwyczaj "żywy" żywopłot odpuścił. Szybko dostrzegł wynurzającą się zza drzwi chatki dobrze znaną mu sylwetkę. Odruchowo chwycił się za nadgarstki i za miejsca gdzie jeszcze przed chwilą pnącza i bluszcze, skrepowały jego ruchy. Pomasował je tak chwilę, czując jak krew z powrotem napływa na delikatnie odrętwiałe miejsca. Kiedy jego zabaweczka zbliżyła się podniósł na nią wzrok. Wzrok który już doskonale znała, wzrok przepełniony chęcią zemsty i wyrównania rachunków. Co z tego, że była to jego własna inicjatywa? Co z tego, że to nie na jej wezwanie wisiał tak jak cielsko w ubojni? Mogła już przypuszczać, że to właśnie ona zostanie ukarana za ten stan rzeczy. Może nie teraz, może nie zaraz, ale na pewno.
Poprawił kołnierz i mankiety płaszczu, wyjmując z materiału resztki igieł i roślinności. -Iii? - przeciągnął zdecydowanie akcentując swój poziom irytacji. - Czego się dowiedziałaś?
Przestał właśnie tak bardzo lubić ten las, jak jeszcze śmiałby twierdzić parę godzin temu. Nie kiedy w tym lesie mieszkała ta stara, pomarszczona jędza. I na nią przyjdzie kiedyś pora.