21.07.2024, 10:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 22:59 przez Anthony Shafiq.)
– Nie, nie, nie lubimy fuszerki moi drodzy, ta kreatura nie może zagrażać postronnym, podobnie jak magiczny pożar. Jonathan krok do tyłu! – użył Głosu Naczelnego Prefekta, bo choć oczywiście nie dysponował żadną nadnaturalną umiejętnością ani zaklęciem zmuszającą innych do bezwzględnego posłuszeństwa, umiał wydawać polecenia tak, aby były one wysłuchane. Musiał sięgnąć po szorstkość rozkazu, nie będąc do końca pewnym cóż takiego działo się z Jonathanem. Bywał odważny, bywał brawurowy, teraz jednak jakby w grę wchodziło coś innego. Anthony był w stanie wyczuć intensywność z jaką rozgorzał w jego przyjacielu płomień i pragnienie zniszczenia, był w stanie dostrzec kątem oka linię zaciśniętej nienawistnie szczęki i blask płomieni złowrogo odbijający się w ciemnej tęczówce, zupełnie tak jakby sam Lucyfer Morningstar przybył z piekieł, by skazać i zadbać o wykonanie karty wiecznego potępienia na złowrogim kwiecie, który różaną postacią udawał tylko własną niewinność.
Ale ogień nienawiści, który wypuścił ze swojej różdżki Selwyn, jak i smoczy podmuch rwącego się do destrukcji serca zamkniętego w eleganckiej cisowej powłoce były zaiste imponujące, ale też wzbudzające - przynajmniej w sercu Shafiqa - respekt przed szalejącym żywiołem. Miał w pamięci, że z ich całej czwórki, tylko jego kuzynka, piękna Charlotta mogła wejść ten ogień i bez szwanku dla siebie, a ku zachwytowi każdemu, kto chciałby zobaczyć jej boskie proporcje pozbawione ubrania, wyłonić się z wrzących jęzorów, lekceważąc ich niszczycielską moc. Oni zaś nie, a blask przypalał już im twarze.
– Chyba nie chcesz paradować kilka dni bez brwi przyjacielu? – dodał nieco łagodniej, ciągnąc go na bezpieczniejszą odległość i splatając w kontrze do ognia, sięgając do wodnej domeny której w myśl Morpheus'owego przydziału był władcą, aby zapanować nad ewentualnym rozprzestrzenianiem się pożogi. Absolutnie nie dotykał serca, nie dotykał płonącej różanej abominacji, ale szklarnię otulał migoczącą złociście kopułą rozpraszającej magię mżawki.
Ale ogień nienawiści, który wypuścił ze swojej różdżki Selwyn, jak i smoczy podmuch rwącego się do destrukcji serca zamkniętego w eleganckiej cisowej powłoce były zaiste imponujące, ale też wzbudzające - przynajmniej w sercu Shafiqa - respekt przed szalejącym żywiołem. Miał w pamięci, że z ich całej czwórki, tylko jego kuzynka, piękna Charlotta mogła wejść ten ogień i bez szwanku dla siebie, a ku zachwytowi każdemu, kto chciałby zobaczyć jej boskie proporcje pozbawione ubrania, wyłonić się z wrzących jęzorów, lekceważąc ich niszczycielską moc. Oni zaś nie, a blask przypalał już im twarze.
– Chyba nie chcesz paradować kilka dni bez brwi przyjacielu? – dodał nieco łagodniej, ciągnąc go na bezpieczniejszą odległość i splatając w kontrze do ognia, sięgając do wodnej domeny której w myśl Morpheus'owego przydziału był władcą, aby zapanować nad ewentualnym rozprzestrzenianiem się pożogi. Absolutnie nie dotykał serca, nie dotykał płonącej różanej abominacji, ale szklarnię otulał migoczącą złociście kopułą rozpraszającej magię mżawki.
Rozproszenie IV na antymagiczną mżawkę, która otulała szklarnię, by pożar się nie rozprzestrzeniał:
Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!