10.01.2023, 00:41 ✶
Nie było zła w zachowaniu Charlesa. Była frustracja, było pragnienie zrozumienia, była jakaś naiwna, dziecięca potrzeba tego, by zostać zrozumianym. Nie, przecież nie naiwna. Gorąca. Przepalająca jego duszę, a ogień ten tonął w oczach Sauriela. I tam dogasał. By płomienie żył, a pomarańcz oblewał łaskawie świat, potrzebował jednego - powietrza. Nie było zaś tlenu w czerni, która nie znała dobra, ni ciepła, ni łaski oddechu. Nie było więc niczego bardziej frustrującego dla tego igrającego ze światem Ognika, który chciał się stać Pożogą, gdy napotykała na zupełną pustkę, której nawet nie mogła poparzyć. Bo jak spopielić coś, co już nawet nie posiadało popiołów po poprzednim pożarze?
Sauriel wiedział, że jego ton jest prowokujący. Miał taki być. Miał zły dzień, zły tydzień, miesiąc. Złe życie. A skoro miał zły dzień (w całym tym złym życiu) to takim ludzkim było przelać chociaż część tej złości na innych. Kiedy samo pojawienie Charlesa z jego słowami go do tego leciutko podburzyło. Do bycia jadowitym. Zupełnie jakby ten Czarny Kot czasami nurzał swoje pazury w truciźnie węży i sprawdzał, czy była skuteczna. Była? Nie widział zmiany w twarzy Charlesa, czy jego irytacja stała się jeszcze bardziej zirytowaną? Czy może w ogóle źle to ocenił i wcześniej był tylko przejęty, a to jemu ten głos zabrzmiał, jakby szukał tutaj trąb anielskich, które zagrzmią na powitanie światła w domenie ośmiogłowej Bestii? Trąb nie było, anioły pogubiły pióra, a Bestia? Ta miała się całkiem dobrze. Tylko tym razem nie miała twarzy nadobnej ladacznicy, a całkiem przystojnego jegomościa. Cokolwiek by jednak nie dręczyło Charlesa i jakkolwiek by nie był zły na brata, pozostawało w jego dłoniach jedno - pilnować tego Byczka, żeby się nie rozpędził i nie grzmotnął rogami w ścianę. Żeby się na niej nie rozbił i nie połamał. Żeby z tych pokruszonych potem ścian nie wypłynęła czarna maź, która go zatopi i zmieni jego kolor. Charles był czysty. Był o wiele bardziej czysty niż on sam, Fineas, czy głowa ich rodu. Był czysty, bo jego dłonie nie były zroszone krwią. I o to warto było walczyć. Tego warto było pilnować. Za to warto było się zbrukać. Patrząc na niego i słuchając go przypominało mu się to, jaki chciał być, nim świat powiedział mu, kim być musi. I przypominało mu się o tym, że kiedyś wierzył w większe dobro.
- Aha. Już czekam, aż Fineas wyjdzie na ulicę z transparentem "chwała czystej Anglii". - Wolną ręką, w której nie trzymał whisky, przeciągnął w powietrzu przed sobą, jakby właśnie malował ten obraz Fineasa przed oczami Charlesa. On, stąpający na czele pochodu, klękajcie brudasy! - Daj spokój. - Czy naprawdę musiał mu mówić "w czym wspierać"? Charles był czarną owcą rodziny - a przynajmniej za taką mieli go jego rodzice. Jak dla Sauriela - to raczej oni tymi czarnymi owcami byli. Wstydem. Malarią, której nie możesz się pozbyć. Właściwie to do końca nie wiedział, na ile mają kontakt ze sobą bracia. Czy ciągły? Częsty? Na pewno nie do końca szczery - przynajmniej tak wydawało się Saurielowi. Tak jak i nie uważał, żeby Charles był głupi i nie domyślał się, że jego brat wplątał się w coś poważnego. I dlatego tu przyszedł. I dlatego o tym, co się wydarzyło, słyszał. Tyle zależności... a wszystkie niepokojące. Zwłaszcza, kiedy myślałeś o tym, że jednak ściany miały uszy. Czarne oczy przesunęły się na drzwi za Charlesem, jakby spodziewały się tam znaleźć kogoś stojącego w progu. Ale w drzwiach nikogo nie było.
A potem Sauriel splunął whisky (na szczęście z powrotem do szklanki), kiedy Charles pierdolnął o "Czarnym Dzbanie" i keknął. W tej nieludzkiej pustce jego oczu aż zajaśniały światełka rozbawienia, a on sam próbował jednak nie uśmiechać się turbo szeroko. Więc uśmiechał się półgębkiem, beczkując w swoim wewnętrznym turbo-mrocznym-świecie z tego, co usłyszał. Uniósł brwi i spojrzał na mężczyznę, wierzchem dłoni ocierając podbródek.
- Prawda? - Zapytał ze szczerym rozbawieniem, rozsiadając się ponownie. - O nie no, przepraszam, to moralniaczków już dla pana nie będzie. Widzę, że tutaj mocne poglądy polityczne. - Nie powinien z nim się bawić, żartować. To powinien być czas powagi. A tymczasem - oto Charles. Który przyszedł tutaj, ten Płomyk, by przerwać ponurą i bardzo dłużącą się noc. Zapach palonego drwa był bardzo odświeżający. - Tylko się trochę przymknij, bo jak ktoś usłyszy to tłuczone talerze będą najmniejszym problemem. - I oczywiście mógł nawiązywać do ich pierdolniętej na punkcie czystości krwi rodziny... Tylko czy Charles w takiej odpowiedzi znalazł tego, czego oczekiwał? Sauriel był cynikiem. I ten cynizm towarzyszył mu na co dzień.
- Czy ty chcesz dla nas zrobić problem? - Syknął na chłopaka. - Życie w tym domu jest wystarczająco spierdolone, jak chcesz gadać na takie tematy to nie pod tym zjebanym dachem. - Pełnym zjebanych ludzi. Sauriel podniósł się z fotela, autentycznie zaniepokojony tym, że naprawdę ktoś mógłby słuchać... Gdyby biło mu serce, to właśnie wygrywałoby tercet. Ale nie biło. Było tylko ciśnienie rosnące pod czaszką.
Sauriel wiedział, że jego ton jest prowokujący. Miał taki być. Miał zły dzień, zły tydzień, miesiąc. Złe życie. A skoro miał zły dzień (w całym tym złym życiu) to takim ludzkim było przelać chociaż część tej złości na innych. Kiedy samo pojawienie Charlesa z jego słowami go do tego leciutko podburzyło. Do bycia jadowitym. Zupełnie jakby ten Czarny Kot czasami nurzał swoje pazury w truciźnie węży i sprawdzał, czy była skuteczna. Była? Nie widział zmiany w twarzy Charlesa, czy jego irytacja stała się jeszcze bardziej zirytowaną? Czy może w ogóle źle to ocenił i wcześniej był tylko przejęty, a to jemu ten głos zabrzmiał, jakby szukał tutaj trąb anielskich, które zagrzmią na powitanie światła w domenie ośmiogłowej Bestii? Trąb nie było, anioły pogubiły pióra, a Bestia? Ta miała się całkiem dobrze. Tylko tym razem nie miała twarzy nadobnej ladacznicy, a całkiem przystojnego jegomościa. Cokolwiek by jednak nie dręczyło Charlesa i jakkolwiek by nie był zły na brata, pozostawało w jego dłoniach jedno - pilnować tego Byczka, żeby się nie rozpędził i nie grzmotnął rogami w ścianę. Żeby się na niej nie rozbił i nie połamał. Żeby z tych pokruszonych potem ścian nie wypłynęła czarna maź, która go zatopi i zmieni jego kolor. Charles był czysty. Był o wiele bardziej czysty niż on sam, Fineas, czy głowa ich rodu. Był czysty, bo jego dłonie nie były zroszone krwią. I o to warto było walczyć. Tego warto było pilnować. Za to warto było się zbrukać. Patrząc na niego i słuchając go przypominało mu się to, jaki chciał być, nim świat powiedział mu, kim być musi. I przypominało mu się o tym, że kiedyś wierzył w większe dobro.
- Aha. Już czekam, aż Fineas wyjdzie na ulicę z transparentem "chwała czystej Anglii". - Wolną ręką, w której nie trzymał whisky, przeciągnął w powietrzu przed sobą, jakby właśnie malował ten obraz Fineasa przed oczami Charlesa. On, stąpający na czele pochodu, klękajcie brudasy! - Daj spokój. - Czy naprawdę musiał mu mówić "w czym wspierać"? Charles był czarną owcą rodziny - a przynajmniej za taką mieli go jego rodzice. Jak dla Sauriela - to raczej oni tymi czarnymi owcami byli. Wstydem. Malarią, której nie możesz się pozbyć. Właściwie to do końca nie wiedział, na ile mają kontakt ze sobą bracia. Czy ciągły? Częsty? Na pewno nie do końca szczery - przynajmniej tak wydawało się Saurielowi. Tak jak i nie uważał, żeby Charles był głupi i nie domyślał się, że jego brat wplątał się w coś poważnego. I dlatego tu przyszedł. I dlatego o tym, co się wydarzyło, słyszał. Tyle zależności... a wszystkie niepokojące. Zwłaszcza, kiedy myślałeś o tym, że jednak ściany miały uszy. Czarne oczy przesunęły się na drzwi za Charlesem, jakby spodziewały się tam znaleźć kogoś stojącego w progu. Ale w drzwiach nikogo nie było.
A potem Sauriel splunął whisky (na szczęście z powrotem do szklanki), kiedy Charles pierdolnął o "Czarnym Dzbanie" i keknął. W tej nieludzkiej pustce jego oczu aż zajaśniały światełka rozbawienia, a on sam próbował jednak nie uśmiechać się turbo szeroko. Więc uśmiechał się półgębkiem, beczkując w swoim wewnętrznym turbo-mrocznym-świecie z tego, co usłyszał. Uniósł brwi i spojrzał na mężczyznę, wierzchem dłoni ocierając podbródek.
- Prawda? - Zapytał ze szczerym rozbawieniem, rozsiadając się ponownie. - O nie no, przepraszam, to moralniaczków już dla pana nie będzie. Widzę, że tutaj mocne poglądy polityczne. - Nie powinien z nim się bawić, żartować. To powinien być czas powagi. A tymczasem - oto Charles. Który przyszedł tutaj, ten Płomyk, by przerwać ponurą i bardzo dłużącą się noc. Zapach palonego drwa był bardzo odświeżający. - Tylko się trochę przymknij, bo jak ktoś usłyszy to tłuczone talerze będą najmniejszym problemem. - I oczywiście mógł nawiązywać do ich pierdolniętej na punkcie czystości krwi rodziny... Tylko czy Charles w takiej odpowiedzi znalazł tego, czego oczekiwał? Sauriel był cynikiem. I ten cynizm towarzyszył mu na co dzień.
- Czy ty chcesz dla nas zrobić problem? - Syknął na chłopaka. - Życie w tym domu jest wystarczająco spierdolone, jak chcesz gadać na takie tematy to nie pod tym zjebanym dachem. - Pełnym zjebanych ludzi. Sauriel podniósł się z fotela, autentycznie zaniepokojony tym, że naprawdę ktoś mógłby słuchać... Gdyby biło mu serce, to właśnie wygrywałoby tercet. Ale nie biło. Było tylko ciśnienie rosnące pod czaszką.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.