Morpheus zrobił się cały czerwony, zaczęło się od szyi, wspięło na policzki i nos oraz końcówki uszu, zdradzając, że część tej pewności siebie też była grą. On znał ciało. Co prawda w brutalnej wersji, ale znał je. Wiedział, co się dzieje, za zamkniętymi drzwiami, a wizja poczęcia Brenny, gdy minął swojego brata z żoną na korytarzu, gdy jego umysł był zbyt otwarty, dała mu pewien wgląd na praktyczne wykonanie. Ateńczyk pośród Spartan swojej rodziny, nadal musiał uczyć się wrażliwości mięsnego instrumentu, a męscy krewni nie stonili od niewybrednych komentarzy i sugestii. Bardzo wcześnie wiedział, dzięki zabiegom rubasznych wujków i żartom braci, co z czym i dlaczego. Nie miał praktyki, trzymanie się za rękę z dziewczyną, z którą połączyła go trauma, nie liczyło się nawet jako zakochanie, nawet jeśli myślał o tym, żeby ją pocałować, to nigdy ostatecznie tego nie zrobił, a ona stwierdziła, że to nie ma sensu. Słusznie z resztą.
Morpheus zrobił się czerwony, bo myślał o filigranowej figurze Dolohova i o tym odgryzionym palcu pod strugami prysznica, które ustawiał na tak niską temperaturę, że woda stawała się gęsta, a skóra cierpła i bolała. Ulga pojawiała się tylko na chwilę i nigdy z powodu temperatury. Śliskie namydlone ciało i chwila samotności bardziej prywatna niż w sypialni. Każda myśl wydawała mu się wstydliwa, zwłaszcza po dźwięku, który wydał z siebie Vasilij. Morpheus w ogóle się go nie spodziewał i dreszcz przeszedł mu aż do nasady kręgosłupa. W przeciwieństwie zaś do lodowatych pryszniców, był on niesamowicie przyjemny.
— Nie... Nie tylko wtedy. Ale tak. Też. — Znów te urywane zdania, tym razem pochłonięte nie przez gniew, a przez zażenowanie wspomnieniami oraz mieszankę wielu bodźców. — Teraz ponownie chciałbym wydobyć z ciebie ten dźwięk — przyznał się w mieszance trwożnego i nabożnego szeptu, próbując utrzymać fasadę flirciarstwa. Bo był to śliczny dźwięk, naturalny i nie zaprogramowany uprzednio w głowie łamacza serc Dolohova.
Wielka Sala o suficie skrytym w ciemnościach nocy, z licznymi gwiazdami, które w końcu ułożyły się w sprzyjającą im koniungcję, wydawała się jeszcze większa z ich dwójką, pośród na wpół porzuconych ozdób na Mabon. Tutaj zwisała część girlandy, tam niedokończono strojnego wieńca na stole, gdzie indziej walały się zrzębki bibuły. Echo mieszało ich głosy.
Zrobił trochę dystansu między nimi, z uwagi na reakcje swojego ciała, przejęty całą sytuacją i ciągłym poczuciem, że ktoś zaraz ich nakryje. Powinni znaleźć lepsze miejsce na wspólne umizgi, kokieteryjne zachowania, zarezerwowane dla płci przeciwnej.
Dla Morpheusa znajdowali się w sytuacji mikro i makrokosmosu. Odbić, jako w niebie, tak i na ziemi. W filozofii wykraczającej poza pierwotny animizm społeczności zbieracko-łowieckich, filozofii pierwszych cywilizacji. Podczas gdy Vasilij był gwiazdą, niebem, eteryczną mgłą, jego blada skóra promieniami blasku księżyca, Morpheus był żyzną ziemią, miękką, dobrą do orki, pachnącą życiem, smagła cera i zapach letnich kłosów, ściętych na chwałę Westy na Lammas, przydawały mu wrażenia codzienności, a jednocześnie uosabiało z bóstwami chtonicznym.
— Przeprosiłem... Czy zostało mi wybaczone? — zapytał jeszcze, nieświadomie zaciskając palce na materiale odzienia Vasilija. Nie na jego skórze, ale wystarczająco, aby poczuł naciąganie się tkaniny, gdy Longbottom to robił. Pauza między nimi, zawieszenie słów. Chciał, aby w ich melodii nie było tych przerw, tylko gładka, płynna pieśń, w harmonii, wypełniona zapachem hiacyntów i persymon. Dlaczego pomyślał o tych pierwszych, nie wiedział.