22.07.2024, 23:39 ✶
Stoisko z biżuterią Viorici
Początkowo nawet nie planował uczestniczyć w Lammas, ale teraz nie wyobrażał sobie innego wyboru. Całe to wyjście wiązało się oczywiście ze sporą dawką stresu, ale im dłużej siedział przy tym straganie, tym bardziej był pewien, że podjął dobrą decyzję. Już sam fakt, że mógł pomóc przyjaciółce, wprawiał go w dobry nastrój. Fakt, że przesiedzieli razem prawie cały dzień, był po prostu wisienką na torcie. Bo chociaż wydarzenie wciąż się nie skończyło, nie mógł sobie wyobrazić sytuacji, która zepsułaby mu aktualny nastrój. Nie było to może widoczne na pierwszy rzut oka, ale miał naprawdę dobry nastrój, co zdradzał uśmiechem, który przez większość czasu nie znikał z jego twarzy. Jeszcze nie tak dawno unikał wychodzenia w inne miejsca niż do pracy, a teraz bawił się na imprezie, gdzie były setki innych czarodziejów. Niektórzy zapewne nie zgodziliby się z tą zabawą, bo przecież nawet nie odszedł od tego stoiska, ale jemu w zupełności to wystarczało. Bo przecież przewinęło się tutaj naprawdę dużo ludzi, a w tym także jego znajomi i bliscy. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz spotkał w ciągu jednego dnia tak dużo znajomych twarzy.
— Niech będzie, że uwierzę ci na słowo — rzucił i chociaż w głosie dało się wyczuć nieco niepewności, to starał się robić dobrą minę do złej gry. Bo przecież miała sporo racji w tym co mówiła. W Mungu niemal codziennie przyjmował dziesiątki obcych ludzi, nigdy nie mając z tym problemu. Czemu tutaj miałoby być inaczej? Bo nie znał się w ogóle na jubilerstwie? Był to jakiś argument, ale w razie potrzeby zawsze mógł się ratować cenami wypisanymi przez Vior. — Obiecuję, że po powrocie zastaniesz stoisko w jednym kawałku — dorzucił jeszcze, szczerze wierząc, że zdoła zdziałać chociaż tyle.
Przebywali ze sobą już na tyle dużo, że zapewne nie powinny go już dziwić te dwuznaczności i łapanie za słówka, ale robiła to w taki sposób, że po prostu nie mógł się nie przejmować.
— Domowej kuchni? Hmm, z tym może być nieco trudno. Gdy Lammas się skończy i wszystko popakujemy, będzie pewnie dość późno. Nie wiem, czy dałbym radę coś przygotować... ale zawsze możemy pójść dzisiaj do jakiejś knajpy, a ja ugotuję ci coś następnym razem? — rzucił, zerkając na nią w trakcie rozpakowywania jednego z pudeł. Był tym na tyle zaabsorbowany, że nawet nie zdał sobie sprawy, że w sumie właśnie zaprasza ją nie na jedną, a dwie kolacje. Co poradzić. Na żałowanie przyjdzie czas później, gdy do jego mózgu dotrze, że znowu robi głupoty.
Nagłe pojawienie się znajomych Vior było niespodziewane. Na tyle, że wybiło go nieco z rytmu, który zdążył w sobie wyrobić, siedząc tutaj od rana. Poznawanie nowych ludzi nigdy nie szło mu zbyt dobrze, ale nie chciał się poddać już na starcie. Czuł jednak, że nie idzie mu najlepiej.
Gdy zaczął wychwalać pracę Vior, dostrzegł to jej spojrzenie, ale jedynie lekko się uśmiechnął, ciesząc się tym, że przy świadkach nie mogła go pobić. Zresztą, przecież nie kłamał!
Gdy minęły już mniej (jak w jego przypadku) lub bardziej udane przywitania, wsłuchał się w prowadzone rozmowy, nie do końca umiejąc się w nie wbić. Kolczyki w pępku, ogólny flirt pomiędzy mężczyznami. Absolutnie mu to nie przeszkadzało, ale w sumie to ich nie znał. Głupio było mu rzucać jakiekolwiek komentarze. Nie chciał się wpychać w ich relację, a tym bardziej powiedzieć czegoś nietaktownego. Dlatego wybrał ciszę, przynajmniej przez większość czasu.
Laurent wydawał mu się całkiem sympatyczny, ale Edge, cóż, z nim było nieco inaczej. Zapewne dlatego, że mężczyzna nagle go zaatakował. Już po samej twarzy Cedrica widać było, że mu głupio.
— Ja... nie... nie o to chodziło. Naprawdę — zaczął, próbując ubrać szalejące w myśli w jakkolwiek sensowne słowa. — Absolutnie nie chodziło mi o to, że go ukradniesz. Naprawdę. Po prostu zazwyczaj nie noszę takich rzeczy. Zrobiło mi się głupio — kontynuował, próbując się jakoś wybronić, ale raczej mu się nie udało. Po czym to wnioskował? Edge bez większego pożegnania nagle odszedł od stoiska, zostawiając ich w niezręcznej ciszy. Zerknął w stronę Vior, próbując wybadać jej reakcje, ale tym, co rzuciło mu się w oczy pierwsze, był fakt, że wyglądała na smutną. Ciężko stwierdzić, czy to zmęczenie, czy może w końcu zaczął sensownie myśleć, ale dość szybko połączył kropki, wiążąc tę sytuację z wiankiem, który mu założyła.
Zmieszany i zawstydzony podszedł bliżej, chwytając ją lekko za rękę. —Ej, to naprawdę nie tak jak mówił Twój przyjaciel. To... to jest cudowne — rzucił, unosząc w górę drugą dłoń, w której trzymał jej wytwór. — Jest cudowny tak samo jak wszystko, co tutaj robisz — kontynuował, mając nadzieję, że uda mu się ją przekonać, chociaż czuł, że dotychczasowe próby są co najmniej mizerne. Bez dalszego namysłu założył wianek na głowę, uśmiechając się nieco szerzej. — Obiecuję go już nie zdejmować, okey? I jeśli ktoś spyta, skąd to mam, wyślę go prosto do ciebie — dokończył, licząc, że uda mu się ją rozchmurzyć. Chociaż odrobinę.
Początkowo nawet nie planował uczestniczyć w Lammas, ale teraz nie wyobrażał sobie innego wyboru. Całe to wyjście wiązało się oczywiście ze sporą dawką stresu, ale im dłużej siedział przy tym straganie, tym bardziej był pewien, że podjął dobrą decyzję. Już sam fakt, że mógł pomóc przyjaciółce, wprawiał go w dobry nastrój. Fakt, że przesiedzieli razem prawie cały dzień, był po prostu wisienką na torcie. Bo chociaż wydarzenie wciąż się nie skończyło, nie mógł sobie wyobrazić sytuacji, która zepsułaby mu aktualny nastrój. Nie było to może widoczne na pierwszy rzut oka, ale miał naprawdę dobry nastrój, co zdradzał uśmiechem, który przez większość czasu nie znikał z jego twarzy. Jeszcze nie tak dawno unikał wychodzenia w inne miejsca niż do pracy, a teraz bawił się na imprezie, gdzie były setki innych czarodziejów. Niektórzy zapewne nie zgodziliby się z tą zabawą, bo przecież nawet nie odszedł od tego stoiska, ale jemu w zupełności to wystarczało. Bo przecież przewinęło się tutaj naprawdę dużo ludzi, a w tym także jego znajomi i bliscy. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz spotkał w ciągu jednego dnia tak dużo znajomych twarzy.
— Niech będzie, że uwierzę ci na słowo — rzucił i chociaż w głosie dało się wyczuć nieco niepewności, to starał się robić dobrą minę do złej gry. Bo przecież miała sporo racji w tym co mówiła. W Mungu niemal codziennie przyjmował dziesiątki obcych ludzi, nigdy nie mając z tym problemu. Czemu tutaj miałoby być inaczej? Bo nie znał się w ogóle na jubilerstwie? Był to jakiś argument, ale w razie potrzeby zawsze mógł się ratować cenami wypisanymi przez Vior. — Obiecuję, że po powrocie zastaniesz stoisko w jednym kawałku — dorzucił jeszcze, szczerze wierząc, że zdoła zdziałać chociaż tyle.
Przebywali ze sobą już na tyle dużo, że zapewne nie powinny go już dziwić te dwuznaczności i łapanie za słówka, ale robiła to w taki sposób, że po prostu nie mógł się nie przejmować.
— Domowej kuchni? Hmm, z tym może być nieco trudno. Gdy Lammas się skończy i wszystko popakujemy, będzie pewnie dość późno. Nie wiem, czy dałbym radę coś przygotować... ale zawsze możemy pójść dzisiaj do jakiejś knajpy, a ja ugotuję ci coś następnym razem? — rzucił, zerkając na nią w trakcie rozpakowywania jednego z pudeł. Był tym na tyle zaabsorbowany, że nawet nie zdał sobie sprawy, że w sumie właśnie zaprasza ją nie na jedną, a dwie kolacje. Co poradzić. Na żałowanie przyjdzie czas później, gdy do jego mózgu dotrze, że znowu robi głupoty.
Nagłe pojawienie się znajomych Vior było niespodziewane. Na tyle, że wybiło go nieco z rytmu, który zdążył w sobie wyrobić, siedząc tutaj od rana. Poznawanie nowych ludzi nigdy nie szło mu zbyt dobrze, ale nie chciał się poddać już na starcie. Czuł jednak, że nie idzie mu najlepiej.
Gdy zaczął wychwalać pracę Vior, dostrzegł to jej spojrzenie, ale jedynie lekko się uśmiechnął, ciesząc się tym, że przy świadkach nie mogła go pobić. Zresztą, przecież nie kłamał!
Gdy minęły już mniej (jak w jego przypadku) lub bardziej udane przywitania, wsłuchał się w prowadzone rozmowy, nie do końca umiejąc się w nie wbić. Kolczyki w pępku, ogólny flirt pomiędzy mężczyznami. Absolutnie mu to nie przeszkadzało, ale w sumie to ich nie znał. Głupio było mu rzucać jakiekolwiek komentarze. Nie chciał się wpychać w ich relację, a tym bardziej powiedzieć czegoś nietaktownego. Dlatego wybrał ciszę, przynajmniej przez większość czasu.
Laurent wydawał mu się całkiem sympatyczny, ale Edge, cóż, z nim było nieco inaczej. Zapewne dlatego, że mężczyzna nagle go zaatakował. Już po samej twarzy Cedrica widać było, że mu głupio.
— Ja... nie... nie o to chodziło. Naprawdę — zaczął, próbując ubrać szalejące w myśli w jakkolwiek sensowne słowa. — Absolutnie nie chodziło mi o to, że go ukradniesz. Naprawdę. Po prostu zazwyczaj nie noszę takich rzeczy. Zrobiło mi się głupio — kontynuował, próbując się jakoś wybronić, ale raczej mu się nie udało. Po czym to wnioskował? Edge bez większego pożegnania nagle odszedł od stoiska, zostawiając ich w niezręcznej ciszy. Zerknął w stronę Vior, próbując wybadać jej reakcje, ale tym, co rzuciło mu się w oczy pierwsze, był fakt, że wyglądała na smutną. Ciężko stwierdzić, czy to zmęczenie, czy może w końcu zaczął sensownie myśleć, ale dość szybko połączył kropki, wiążąc tę sytuację z wiankiem, który mu założyła.
Zmieszany i zawstydzony podszedł bliżej, chwytając ją lekko za rękę. —Ej, to naprawdę nie tak jak mówił Twój przyjaciel. To... to jest cudowne — rzucił, unosząc w górę drugą dłoń, w której trzymał jej wytwór. — Jest cudowny tak samo jak wszystko, co tutaj robisz — kontynuował, mając nadzieję, że uda mu się ją przekonać, chociaż czuł, że dotychczasowe próby są co najmniej mizerne. Bez dalszego namysłu założył wianek na głowę, uśmiechając się nieco szerzej. — Obiecuję go już nie zdejmować, okey? I jeśli ktoś spyta, skąd to mam, wyślę go prosto do ciebie — dokończył, licząc, że uda mu się ją rozchmurzyć. Chociaż odrobinę.