10.01.2023, 11:45 ✶
Miał połowicznie rację, z tym protekcjonalnym traktowaniem. Nie dlatego, że miał do niego takie nastawienie, że myślał o nim jak o małym gniocie, który kręci się pod nogami. Nastawienie człowieka i jego wizja na osobę mogła zawsze wyglądać tak samo, ale potem przychodził moment, kiedy wdepnąłeś na ulicy w psie gówno. I nawet najbliższy przyjaciel zaczynał cię wkurwiać. Charles reprezentował to, za co warto walczyć i umierać. To, co warte jest grzechu i przemocy. Paradoks, co? Niewinność warta przemocy. I chociaż tak samo myśleli - że Fineas potrzebował swojego kochanego braciszka - to Sauriel powtarzał sobie, że o wiele lepiej by było, żeby Charles zniknął. Zmienił imię, nazwisko, wyjechał do Meksyku ze swoim nowym, wypastowanym sombrero. Nie musiał pytać Fineasa, co o tym sądzi. Wiedział, co by odpowiedział. Po prostu nie było dobrze, żeby ten mężczyzna się tutaj kręcił. Nasta czas ciemności, a to nie był dobry czas dla ludzi, którzy nie posiadali instynktu samozachowawczego. Którzy mieli bunt w swoich żyłach i chcieli wykrzykiwać prawdę w twarz tym, którzy mogli ich skrzywdzić. Nastanie w końcu moment, że czas Charlesa nadejdzie. I to nie Fineas wtedy będzie na czele pochodu, jak dla żartu został wymalowany, a Charles. I nie "czystość krwi" będzie na transparentach, a "równość dla ludu". Gwałtowność i gorąca krew tego młodzika prześmiesznie malowała się na tle ich zimnego rodu. Ten Płomyk na tle Ciemności. Sauriel wyciągał do niego swoje martwe dłonie, żeby choć na moment się ogrzać, a potem przypominał sobie, że nie dla niego światło i ciepło.
Charlesowi się dobrze wydawało. Zaczepka była szukana i cokolwiek by się tutaj nie wydarzyło, gdyby została złapana, byłoby to zapewne zakończenie na rękoczynach. Nie ważny był finisz - ważne było, żeby zapomnieć o tym, co ledwo mgnienie oka temu wydarzyło się za jego plecami. Wystarczyło tylko wystarczająco mocno czuć, żeby zanurzyć się w ogniu miast we krwi. Tragedią było to, że oba były ciepłe. I oba równie skutecznie zabijały.
- Traktuję to poważnie. - Odparł zimno. Wiedział przecież - Charles mówił z serca i prosto z serca. I to było całym problemem. Nie potrafił milczeć i kłamać. Nie, zgoda - potrafił. Przed swoimi rodzicami się jakoś hamował. W jakim stopniu tego nie wiedział, ale skoro nadal tutaj zaglądał to chyba nie został aż taką wyklętą owieczką, co? Wstał ze swojego fotela, haustem dopijając to, co miał w szklance. Stuknęło szkło o drewniany blat. Podszedł do drzwi i zatrzymał się przy nich, plecami do Charlesa. Nasłuchiwał. Była taka duża szansa, że teraz, w ogniu wydarzeń, kiedy wszyscy byli zajęci, nie było tu pary uszu, która chciałaby usłyszeć, co też ta dwójka ma do powiedzenia. Przesunął się wzdłuż ściany, jakby wbrew temu, co powiedział, że traktuje Charlesa poważnie, wcale go nie słuchał i był pogrążony tylko i wyłącznie we własnych myślach. Jednak zawrócił w końcu, by zatrzymać się przy brunecie. Tym samym, który miał rację. Miał rację w tylu rzeczach, że to aż bolało. Jak bolało to, jak swawolnie i otwarcie o nich mówił.
Sauriel wiedział, że znów pływa. I kiedy tonął w tym cichym morzu nawet nie potrzebował łapać tchu. Przecież nigdy nie oddychał.
Tragedią tej dwójki było to, że obaj sobie wzajem zazdrościli. Jeden szczerości. Drugi - kłamstwa.
- Nie prowokuj mnie. - Złapał gazetę, która wylądowała na stoliku przed nim i podniósł ją, by spojrzeć na ruchome fotografie i poruszających się ludzi. Na nagłówki z ataków, opiewające o Śmierciożercach. Zastanawiał się, czy była tu fotografia, która złapała jego i Fineasa..? Wydało mu się to w pokrętny sposób zabawne - że mogło tak być. Przesuwał więc wzrokiem po tekście, przytrzymując gazetę tak, by była jakoś razem, by się jakoś trzymała. Przemoc, mord, Londyn w ogniu. - W przeciwieństwie do ciebie nie mam kogoś, kto odciąłby moją smycz. - Historia Sauriela była chyba taka, jak ta gazeta teraz w pigułce. Opiewająca o przemocy i palonych mostach. Dzisiaj wzbudzająca emocje, ale zaraz przedarta. A jutro trafi do ognia kominka, bo nikt jej nie będzie potrzebował. I chciał, o bogowie, naprawdę chciał, żeby ktoś go wyciągnął z tego miejsca. Żeby wynurzył go z martwego oceanu, w którym bezwiednie dryfował. Nieśmiało myślał, że tylko on sam sobie może pomóc. Jeśli umrze - czy nie będzie wolny?
Sauriel rzucił gazetę na sofę i obrócił się do Charlesa.
- Tak, Charles. Zgadzam się z tobą. Wiesz co to zmienia? N I C. - Nachylił się do niego, przełamując bezpieczną strefę komfortu. Prawie sycząc przez swoje kły. - A wiesz, co by pomogło? Gdybyś stąd odszedł i nigdy nie wrócił. Gdybyś pozwolił przestać Fineasowi się przestać o ciebie zamartwiać. - To, co mówił, było okrutne. I zdawał sobie z tego sprawę. Nie chciał tego mówić i nie chciał łamać Charlesowi serca, ale czuł, że jeśli tego nie rozpocznie to Fineas nie zdobędzie się na ten krok. I w końcu przyjdzie taki moment, że nie będą już w stanie Charlesa bronić.
Charlesowi się dobrze wydawało. Zaczepka była szukana i cokolwiek by się tutaj nie wydarzyło, gdyby została złapana, byłoby to zapewne zakończenie na rękoczynach. Nie ważny był finisz - ważne było, żeby zapomnieć o tym, co ledwo mgnienie oka temu wydarzyło się za jego plecami. Wystarczyło tylko wystarczająco mocno czuć, żeby zanurzyć się w ogniu miast we krwi. Tragedią było to, że oba były ciepłe. I oba równie skutecznie zabijały.
- Traktuję to poważnie. - Odparł zimno. Wiedział przecież - Charles mówił z serca i prosto z serca. I to było całym problemem. Nie potrafił milczeć i kłamać. Nie, zgoda - potrafił. Przed swoimi rodzicami się jakoś hamował. W jakim stopniu tego nie wiedział, ale skoro nadal tutaj zaglądał to chyba nie został aż taką wyklętą owieczką, co? Wstał ze swojego fotela, haustem dopijając to, co miał w szklance. Stuknęło szkło o drewniany blat. Podszedł do drzwi i zatrzymał się przy nich, plecami do Charlesa. Nasłuchiwał. Była taka duża szansa, że teraz, w ogniu wydarzeń, kiedy wszyscy byli zajęci, nie było tu pary uszu, która chciałaby usłyszeć, co też ta dwójka ma do powiedzenia. Przesunął się wzdłuż ściany, jakby wbrew temu, co powiedział, że traktuje Charlesa poważnie, wcale go nie słuchał i był pogrążony tylko i wyłącznie we własnych myślach. Jednak zawrócił w końcu, by zatrzymać się przy brunecie. Tym samym, który miał rację. Miał rację w tylu rzeczach, że to aż bolało. Jak bolało to, jak swawolnie i otwarcie o nich mówił.
Sauriel wiedział, że znów pływa. I kiedy tonął w tym cichym morzu nawet nie potrzebował łapać tchu. Przecież nigdy nie oddychał.
Tragedią tej dwójki było to, że obaj sobie wzajem zazdrościli. Jeden szczerości. Drugi - kłamstwa.
- Nie prowokuj mnie. - Złapał gazetę, która wylądowała na stoliku przed nim i podniósł ją, by spojrzeć na ruchome fotografie i poruszających się ludzi. Na nagłówki z ataków, opiewające o Śmierciożercach. Zastanawiał się, czy była tu fotografia, która złapała jego i Fineasa..? Wydało mu się to w pokrętny sposób zabawne - że mogło tak być. Przesuwał więc wzrokiem po tekście, przytrzymując gazetę tak, by była jakoś razem, by się jakoś trzymała. Przemoc, mord, Londyn w ogniu. - W przeciwieństwie do ciebie nie mam kogoś, kto odciąłby moją smycz. - Historia Sauriela była chyba taka, jak ta gazeta teraz w pigułce. Opiewająca o przemocy i palonych mostach. Dzisiaj wzbudzająca emocje, ale zaraz przedarta. A jutro trafi do ognia kominka, bo nikt jej nie będzie potrzebował. I chciał, o bogowie, naprawdę chciał, żeby ktoś go wyciągnął z tego miejsca. Żeby wynurzył go z martwego oceanu, w którym bezwiednie dryfował. Nieśmiało myślał, że tylko on sam sobie może pomóc. Jeśli umrze - czy nie będzie wolny?
Sauriel rzucił gazetę na sofę i obrócił się do Charlesa.
- Tak, Charles. Zgadzam się z tobą. Wiesz co to zmienia? N I C. - Nachylił się do niego, przełamując bezpieczną strefę komfortu. Prawie sycząc przez swoje kły. - A wiesz, co by pomogło? Gdybyś stąd odszedł i nigdy nie wrócił. Gdybyś pozwolił przestać Fineasowi się przestać o ciebie zamartwiać. - To, co mówił, było okrutne. I zdawał sobie z tego sprawę. Nie chciał tego mówić i nie chciał łamać Charlesowi serca, ale czuł, że jeśli tego nie rozpocznie to Fineas nie zdobędzie się na ten krok. I w końcu przyjdzie taki moment, że nie będą już w stanie Charlesa bronić.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.