Drink miał lekko słony posmak i piękny błękitny kolor dzięki syropów blue curaçao, a na wierzchu pływała błyszcząca perłowo magiczna pianka. Na ustach drink pozostawiał pikantną słoność przez drobinki soli z brzegu kieliszka. Nie był w stanie określić, jakie dokładnie były w środku składniki, ale drink zdecydowanie zawierał więcej alkoholu niż mniej. W połowie kieliszka za to zauważył, że jego skóra zaczyna się robić nieco niebieska i pojawiają się na niej łuski.
— Poza tym, że na ile śpię od około dwudziestu ośmiu godzin i... Zmieniam się w rybę, wszystko w jak najlepszym, dlaczego pytasz? — zapytał Isaaca, przesuwając okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy, chociaż patrząc na promienną twarz chłopaka, zastanawiał się, czy nie powinien nosić w kontakcie z nim maski spawalnika. A myślał, że to on uśmiecha się z mocą tysiąca słońc. Cóż, mylił się.
— Mam ochotę obejrzeć zachód słońca, choć ze mną, nie będę stać samotnie, bo jeszcze ktoś będzie się martwił, że widzę zagładę światów czy coś podobnego — oznajmił. Wziął swój kieliszek i przeszedł nad brzeg. Zdjął mokasyny i skarpetki, które upchnął do środka i podwinął spodnie aż do kolan. Chciał popływać, ale jakoś nie miał ochoty pokazywać się roznegliżowany młodym i wysportowanym Zakonnikom. Nie wyglądał nawet w ułamku jak Bertie. Już dawno nie czuł się tak niepewny swojego wyglądu, jak w tym momencie i przeklinał swoje procesy myślowe.
Stanął do połowy łydki w wodzie, czując jak lodowata woda przyjemnie obmywa zmęczenie. Zamiast jednak jedwabistego spokoju, zapatrzył się w morską pianę. Bogowie byli tego dnia nie tylko szaleni, ale też okrutni.
Iglica (pech/mała zwłoka)
Spojrzał z troską na Isaaca, nieco pustym spojrzeniem i głosem zza zasłony rzeczywistości, jakby dwutonaknym.
— Ucałowała cię Oizys. Przykro mi.