Pokręciło głową, jakby rozumiał coś, czego nie rozumie Isaac i tak właśnie było. Formalnie wstał o trzeciej w nocy tego samego dnia, wezwany do Departamentu Tajemnic, aby pomóc w ważnej sprawie, która wyniknęła na cito w jego komnacie. Problem polegał na tym, że cofnął się w czasie suma summarum na osiem godzin, co jego organizm odczuł, jak dalsze trwanie dnia. Zdarzało mu się też cofać się w czasie, żeby przespać się kilka godzin, bo później musiał być bardziej trzeźwy, niż był. Ogólnie jednak dało się łatwo stwierdzić, że rytm dobowy Morpheusa nie należał do najzdrowszych, a już na pewno nie do normalnych.
— Zapytaj Brennę, ile ona śpi, wtedy możesz mi prawić wyrzuty — odpowiedział, bez złości, wystawiając twarz w stronę słońca, którego czerwony dysk powoli zanurzał się do spokojnej morskiej toni.
— Mój ulubiony moment to ciemność około trzeciej, czwartej nad ranem, gdy niebo zapomina o słońcu do reszty, wchodzi w najgłębszą noc. Zapewne to przez moją ulubioną opowieść o Odyseuszu — wyznał nieco przyciszonym głosem pełnym miękkiego uwielbienia dla tej części historii słynnego króla Itaki. — Atena była boską patronką Odyseusza. Gdy ten pokochał Penelopę, jedna z niewielu historii antycznych, w której było to uczucie wzajemne, wyprostowała dla niego ścieżki wyścigu o jej rękę, aby zwyciężył, a w noc przed wypłynięciem do Troi zatrzymała rydwan Heliosa, nie pozwalając mu zbudzić świtu, aby kochankowie mogli spędzić razem kilka chwil więcej.
Głos Brenny wyrwał go z tumanu melancholii.
Karteczkę przywołał do siebie zaklęciem, napisał na niej zamaszyste Morpheus i wrzucił do skrzyneczki, odsyłając je również zaklęciem, jako malutki, magiczny samolocik, aby Teddy mógł odłożyć los wedle uznania.
— Masz rację. Myślę, że to się odnosi wszystkich. Po prostu widzę w twojej przyszłości jakiegoś pecha. Równie dobrze możesz się potknąć i nabić guza. Jasnowidzenie nigdy nie jest oczywiste i proste.