25.07.2024, 10:17 ✶
Linia jego ust zatańczyła gdzieś pomiędzy radością i zmieszaniem - uśmiech skrył mu się pod narastającą porcją niepewności względem tego co miało nadejść. Nawet dostrzegając, że myśli Morpheusa były zwyczajnie brudne, Vakelowi wciąż się to podobało. Bycie obiektem tego typu pożądania było dla niego nowością (i nie, zapewne nie dlatego, że nikt nigdy tak o nim nie pomyślał - po prostu pierwszy raz widział to tak wyraźnie, bo wreszcie i on był tym zainteresowany), rozpalało w nim wiele przeróżnych rzeczy, najważniejszą z nich jednak wydawała się być teraz wizja zostania zdobyczą. I chociaż nierozgarnięte mu się to wydawało - bo kto chciałby kogoś kusić, jeżeli sam nie wiedział, co znajdowało się na końcu drogi, której początkiem było ugryzienie w szyję, ostatecznie zaakceptował w sobie tę myśl. Głównie dlatego, że chciał tego, ale jednocześnie potrzebował, aby to działo się wolniej. Wbiegł tutaj tak wściekły jak tylko mógł, a wyjść stąd miał z przytłaczającą wizją potrzeby przebrania się w czyste ubrania, zanim znowu spróbuje zasnąć. To było... dużo.
- Dobrze - skwitował jego słowa z wyraźnym zadowoleniem. - Myśl o mnie. - Przejechał dłońmi tak, żeby umieścić je po bokach jego szyi, tuż pod podbródkiem, ale zatrzymał je tam tylko na moment. Sunął nimi niżej, przez barki i klatkę piersiową, aż po brzuch. Nigdzie dalej. Gdyby zjechał niżej, to by to zniszczył. To miała być zaczepka, coś do dopisywania sobie wyobrażeń, co by było gdyby nie zatrzymał palców przed guzikiem spodni. Nie potrzebował szczególnie szerokiej wiedzy na ten temat - wystarczyło mu obcowanie z własnym ciałem. - Podoba mi się to. Bycie pierwszą i ostatnią, albo chociaż częstą myślą twojego dnia - przygryzł wargę, po czym zmarszczył brwi, kiedy coś do niego dotarło. - Liczę na to, że jedyną? - Oczywiście chodziło mu o posiadanie Morpheusa na wyłączność. Zabrał te dłonie, aby strzepać z jego szaty niewidzialny pyłek kurzu, następnie ułożył je na tych jego, tak mocno zaciśniętych na materiale mundurka. Spoglądał na jego twarz badawczo, doszukując się tam odpowiedzi, również tych ukrytych.
- Tak, Morpheusie, zostało. Ale nie zapomniane - i zaznaczył to bardzo wyraźnie, bo nie życzył sobie, żeby ten człowiek kiedykolwiek jeszcze podniósł na niego rękę. Zdawał sobie też sprawę z tego, że chłopak nie pozostanie mu dłużny i ataku agresji z dzisiaj również nie zapomni.
Mógłby mu pewnie pomóc z tymi ozdobami, ale zwyczajnie opadał z jakichkolwiek sił. Zamierzał więc zostawić go tutaj. Samego. Zakładał, że chłopak musiał to dzisiaj dokończyć, a on mu w tym przeszkodził, wykurzając z Wielkiej Sali jedyną dostępną pomoc. Poczucie winy? Jeszcze nie, ale... faktycznie coś w jego głowie zazgrzytało. Obszedł się z tym dźwiękiem bardzo niechętnie, zduszając go, zanim przejął nad nim kontrolę. Stanął na palcach, ignorując kiełkujące poczucie odpowiedzialności za cudzy sen i pocałował go w policzek.
- Dobranoc? - Właściwie to istniało jedno pytanie, jakie chciał mu zadać, ale jego dziecinność wydawała mu się psuć nastrój zbudowanej sceny. Longbottom miał poznać je dopiero jutro, kiedy zasiadając na śniadaniu w Wielkiej Sali, zauważy lądujące na swoim talerzu, papierowe ptactwo z wysmarowanym na nim pytaniem: jaki masz znak zodiaku?
- Dobrze - skwitował jego słowa z wyraźnym zadowoleniem. - Myśl o mnie. - Przejechał dłońmi tak, żeby umieścić je po bokach jego szyi, tuż pod podbródkiem, ale zatrzymał je tam tylko na moment. Sunął nimi niżej, przez barki i klatkę piersiową, aż po brzuch. Nigdzie dalej. Gdyby zjechał niżej, to by to zniszczył. To miała być zaczepka, coś do dopisywania sobie wyobrażeń, co by było gdyby nie zatrzymał palców przed guzikiem spodni. Nie potrzebował szczególnie szerokiej wiedzy na ten temat - wystarczyło mu obcowanie z własnym ciałem. - Podoba mi się to. Bycie pierwszą i ostatnią, albo chociaż częstą myślą twojego dnia - przygryzł wargę, po czym zmarszczył brwi, kiedy coś do niego dotarło. - Liczę na to, że jedyną? - Oczywiście chodziło mu o posiadanie Morpheusa na wyłączność. Zabrał te dłonie, aby strzepać z jego szaty niewidzialny pyłek kurzu, następnie ułożył je na tych jego, tak mocno zaciśniętych na materiale mundurka. Spoglądał na jego twarz badawczo, doszukując się tam odpowiedzi, również tych ukrytych.
- Tak, Morpheusie, zostało. Ale nie zapomniane - i zaznaczył to bardzo wyraźnie, bo nie życzył sobie, żeby ten człowiek kiedykolwiek jeszcze podniósł na niego rękę. Zdawał sobie też sprawę z tego, że chłopak nie pozostanie mu dłużny i ataku agresji z dzisiaj również nie zapomni.
Mógłby mu pewnie pomóc z tymi ozdobami, ale zwyczajnie opadał z jakichkolwiek sił. Zamierzał więc zostawić go tutaj. Samego. Zakładał, że chłopak musiał to dzisiaj dokończyć, a on mu w tym przeszkodził, wykurzając z Wielkiej Sali jedyną dostępną pomoc. Poczucie winy? Jeszcze nie, ale... faktycznie coś w jego głowie zazgrzytało. Obszedł się z tym dźwiękiem bardzo niechętnie, zduszając go, zanim przejął nad nim kontrolę. Stanął na palcach, ignorując kiełkujące poczucie odpowiedzialności za cudzy sen i pocałował go w policzek.
- Dobranoc? - Właściwie to istniało jedno pytanie, jakie chciał mu zadać, ale jego dziecinność wydawała mu się psuć nastrój zbudowanej sceny. Longbottom miał poznać je dopiero jutro, kiedy zasiadając na śniadaniu w Wielkiej Sali, zauważy lądujące na swoim talerzu, papierowe ptactwo z wysmarowanym na nim pytaniem: jaki masz znak zodiaku?
with all due respect, which is none