25.07.2024, 16:30 ✶
Po drugiej stronie drzwi Peregrinus zbierał stopniowo rozsypane kawałki siebie, kleił je na słowo honoru, byleby przebrnąć przez tę noc. Przepełznąć przez ciemności, trzymając się chwiejnej wiary, że rano będzie lepiej. Gdyby był tu sam, być może pozwoliłby sobie na słabość: zwinął się na dywanie i leżał zatopiony w swoim świecie, póki nie nakryje go świt bądź sen.
Nie wchodziło to jednak tego wieczoru w grę. Nie, gdy w łazience leżała rozsypana Millie.
Mimo że marzył, aby wyjść z kamienicy i ruszyć Horyzontalną przed siebie; wędrować, dopóki nie opuści Londynu, nie zostawi za sobą własnego życia. Zredukuje swoje istnienie do mężczyzny kroczącego bokiem drogi. Nocami myślał, czy nie to było mu od zawsze pisane: samotna tułaczka po horyzont, włóczykijstwo, budzenie się każdego ranka w innym miejscu, codzienne odkrywanie nowego. A skończył zduszony w Londynie.
— Millie — spróbował raz jeszcze.
Stojąc w korytarzu, pozostawał bezsilny. Zamknął oczy, opierając głowę o drzwi. Brudne, drżące dłonie mięły nerwowo nieszczęsną koszulkę. Mimo że nie był tak umorusany jak Moody, i na nim przez cały dzień osiadł pył, piach oraz resztki gruzu, na który został ciśnięty. Rękaw koszuli znaczyły brunatne smugi zaschniętej krwi ze zdartej ręki. Nie miał czasu ani głowy, aby doprowadzić się do porządku.
Skupił się na zebraniu sił. Wchodząc tam, nie chciał dodatkowo jej dobić. Mimo że czuł się — mało powiedzieć — parszywie, to nie był kompletnie połamany. Mógł usychać, ale miał silne korzenie, które czekały cierpliwie na lepsze czasy, aby ponownie puścić pędy. Tej pogrzebanej siły sięgał, gdy potrzebował przypomnieć samemu sobie, że to nie koniec. Chciał, aby tego wieczora wsparli się na niej oboje.
Uchylił drzwi. Nim wszedł, dał jej chwilę, aby miała szansę zaprotestować. Przeszedł przez łazienkę, nie patrząc na nią z przyzwoitości, po czym usiadł obok wanny; podciągnął kolana pod brodę i z westchnieniem spojrzał w przestrzeń.
— Jesteśmy w domu. Bezpieczni.
Mierny był z tego dom, ale wciąż dom. Choć krążyły po nim jego własne demony, krył ich przed światem zewnętrznym, zapewniał ten podstawowy rodzaj bezpieczeństwa. Nie ciążyła tu żadna zła magia, nic nie czyhało za rogiem, aby wciągnąć domowników pod ziemię. Opoka dająca schronienie wszystkim trzem wariatom, którzy w niej obecnie przebywali. Jedyne, co ich tu mogło dosięgnąć, to ich własne głowy.
Nie wchodziło to jednak tego wieczoru w grę. Nie, gdy w łazience leżała rozsypana Millie.
Mimo że marzył, aby wyjść z kamienicy i ruszyć Horyzontalną przed siebie; wędrować, dopóki nie opuści Londynu, nie zostawi za sobą własnego życia. Zredukuje swoje istnienie do mężczyzny kroczącego bokiem drogi. Nocami myślał, czy nie to było mu od zawsze pisane: samotna tułaczka po horyzont, włóczykijstwo, budzenie się każdego ranka w innym miejscu, codzienne odkrywanie nowego. A skończył zduszony w Londynie.
— Millie — spróbował raz jeszcze.
Stojąc w korytarzu, pozostawał bezsilny. Zamknął oczy, opierając głowę o drzwi. Brudne, drżące dłonie mięły nerwowo nieszczęsną koszulkę. Mimo że nie był tak umorusany jak Moody, i na nim przez cały dzień osiadł pył, piach oraz resztki gruzu, na który został ciśnięty. Rękaw koszuli znaczyły brunatne smugi zaschniętej krwi ze zdartej ręki. Nie miał czasu ani głowy, aby doprowadzić się do porządku.
Skupił się na zebraniu sił. Wchodząc tam, nie chciał dodatkowo jej dobić. Mimo że czuł się — mało powiedzieć — parszywie, to nie był kompletnie połamany. Mógł usychać, ale miał silne korzenie, które czekały cierpliwie na lepsze czasy, aby ponownie puścić pędy. Tej pogrzebanej siły sięgał, gdy potrzebował przypomnieć samemu sobie, że to nie koniec. Chciał, aby tego wieczora wsparli się na niej oboje.
Uchylił drzwi. Nim wszedł, dał jej chwilę, aby miała szansę zaprotestować. Przeszedł przez łazienkę, nie patrząc na nią z przyzwoitości, po czym usiadł obok wanny; podciągnął kolana pod brodę i z westchnieniem spojrzał w przestrzeń.
— Jesteśmy w domu. Bezpieczni.
Mierny był z tego dom, ale wciąż dom. Choć krążyły po nim jego własne demony, krył ich przed światem zewnętrznym, zapewniał ten podstawowy rodzaj bezpieczeństwa. Nie ciążyła tu żadna zła magia, nic nie czyhało za rogiem, aby wciągnąć domowników pod ziemię. Opoka dająca schronienie wszystkim trzem wariatom, którzy w niej obecnie przebywali. Jedyne, co ich tu mogło dosięgnąć, to ich własne głowy.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie