25.07.2024, 20:47 ✶
Przy ognisku z Alastorem, Millie, Eden i Bertiem
Ou. Zaniepokoiła mnie krótka historia Millie, ogólnie jej stan. Wydawało mi się, że chyba serio ją pojebało, jak to się wyraziła, i w ogólnie że wciąż miała ze sobą problemy. Uśmiechnąłem się lekko do niej, jakby pokrzepiająco. Starałem się nie być zaskoczonym albo wstrząśniętym, bo kto wie, co by jej uderzyło do głowy? Kto wie, do czego bywała zdolna...? Ze skrzywdzonymi ludźmi różnie bywało. Wiedziałem to z własnego doświadczenia aż za bardzo.
Ale była druga strona tego medalu. Nie sądziłem, że Bertiego Botta tak wciągnęły nasze występy. Moje serce radowało się w niewysłowiony sposób. Jego opinia z pewnością niosła się wesoło przez świat, więc to była jak najbardziej dodatkowa reklama. I zaszczyt. Tak to wszystko opisał, że nie byłem pewien, co mógłbym dodać...
- Mamy specjalną osobę od pisania scenariuszy, poza tym również czerpiemy z innych tworów oraz z doświadczeń innych cyrkowców. Jest u nas dużo wrażliwych osób, wrażliwych na emocje, a też wiele specjalistów i rzemieślników, stąd ta widowiskowość - przyznałem delikatnie, zdecydowanie kontrastując z pełną emocjonalnością Botta. Może trochę nader spokojnie, bo powinienem w tej chwili być takim naganiaczem, wskazującym im wszystkim drogę do głównego namiotu cyrkowego, gdzie działy się te wszystkie cuda, ale... to mogliśmy sobie darować, szczególnie że to była impreza Bren. Nie chciałem jej skradać przyjaciół.
Nie byłem guru kucharstwa. Wolałem pozostawić tę rolę innym, ale stwierdzałem, że ładnie się przypiekła ta moja kiełbasa. Super. Uśmiechnąłem się, podnosząc talerzyk z nią w kierunku Botta. Wspominał, że coś tam chętnie upiecze własną...
- Może chciałbyś skusić się na połowę, zanim zabierzesz się za wypiekanie własnej - zaproponowałem (używając swojej tajnej broni w postaci Kokieteria I), bo całej to ja nie zamierzałem oddawać, ale pół nie robiło mi przeszkody, szczególnie że Bertie tak ładnie mówił o naszym cyrku. Jak nie można by się temu oprzeć...? Poza tym powinien skosztować tej kiełbasy, zanim się namęczy z wypiekaniem. To było jednak czasochłonne, więc można było uznać, że z pełną uprzejmością nalegałem.
I też zaraz się rozejrzałem wokół zdezorientowany, bo nawet nie zauważyłem, że właściwie tak niedaleko to się działy jakieś ludzkie dramaty...
- Może potrzebują pomocy?! - zapytałem, niepewny, co za osoby się tam kręciły. Alastor nie wydawał się być szczególnie przejęty, więc możliwe, że były tam same kompetentne osoby, wyszkolone może nawet do pomocy. Pewnie bym się nie zdziwił, gdyby było tu kilku pracowników Świętego Munga.
Chciałem coś wtrącić, doradzić dziewczynom, ale jednak ostatecznie ugryzłem się w język. To nie były moje sprawy, ale miałem nadzieję, że ostatecznie się dogadają z tym byciem mile widzianym... Za wiele nie miałem na tym polu do gadania, więc pozwoliłem sobie na rozejrzenie się wokół... Wtedy właśnie moje spojrzenie natrafiło na Bren. Wydawała się być jak zwykle pełna energii, dziś nawet nad wyraz. Aż rozważałem te jej propozycję, aczkolwiek się zawahałem, bo nie chciałem jako jedyny z towarzystwa wyrywać się do przodu.
- Bierzecie udział w tej zabawie integracyjnej...? - zapytałem ich, tak właściwie nie wiedząc, co to mogło oznaczać, jakie pomysły mogła mieć Bren na spędzanie czasu na plaży. Znaliśmy się raczej z doskoku. - Może to dobry pomysł, żebyś poczuła się częścią tej schadzki, Eden...? - zaproponowałem, właściwie chcąc ją do tego nakłonić. I może nawet resztę? Bren chyba bardzo zależało, aby jak najwięcej osób wzięło w tym udział, a ostatecznie to najpewniej wszyscy.
Ou. Zaniepokoiła mnie krótka historia Millie, ogólnie jej stan. Wydawało mi się, że chyba serio ją pojebało, jak to się wyraziła, i w ogólnie że wciąż miała ze sobą problemy. Uśmiechnąłem się lekko do niej, jakby pokrzepiająco. Starałem się nie być zaskoczonym albo wstrząśniętym, bo kto wie, co by jej uderzyło do głowy? Kto wie, do czego bywała zdolna...? Ze skrzywdzonymi ludźmi różnie bywało. Wiedziałem to z własnego doświadczenia aż za bardzo.
Ale była druga strona tego medalu. Nie sądziłem, że Bertiego Botta tak wciągnęły nasze występy. Moje serce radowało się w niewysłowiony sposób. Jego opinia z pewnością niosła się wesoło przez świat, więc to była jak najbardziej dodatkowa reklama. I zaszczyt. Tak to wszystko opisał, że nie byłem pewien, co mógłbym dodać...
- Mamy specjalną osobę od pisania scenariuszy, poza tym również czerpiemy z innych tworów oraz z doświadczeń innych cyrkowców. Jest u nas dużo wrażliwych osób, wrażliwych na emocje, a też wiele specjalistów i rzemieślników, stąd ta widowiskowość - przyznałem delikatnie, zdecydowanie kontrastując z pełną emocjonalnością Botta. Może trochę nader spokojnie, bo powinienem w tej chwili być takim naganiaczem, wskazującym im wszystkim drogę do głównego namiotu cyrkowego, gdzie działy się te wszystkie cuda, ale... to mogliśmy sobie darować, szczególnie że to była impreza Bren. Nie chciałem jej skradać przyjaciół.
Nie byłem guru kucharstwa. Wolałem pozostawić tę rolę innym, ale stwierdzałem, że ładnie się przypiekła ta moja kiełbasa. Super. Uśmiechnąłem się, podnosząc talerzyk z nią w kierunku Botta. Wspominał, że coś tam chętnie upiecze własną...
- Może chciałbyś skusić się na połowę, zanim zabierzesz się za wypiekanie własnej - zaproponowałem (używając swojej tajnej broni w postaci Kokieteria I), bo całej to ja nie zamierzałem oddawać, ale pół nie robiło mi przeszkody, szczególnie że Bertie tak ładnie mówił o naszym cyrku. Jak nie można by się temu oprzeć...? Poza tym powinien skosztować tej kiełbasy, zanim się namęczy z wypiekaniem. To było jednak czasochłonne, więc można było uznać, że z pełną uprzejmością nalegałem.
I też zaraz się rozejrzałem wokół zdezorientowany, bo nawet nie zauważyłem, że właściwie tak niedaleko to się działy jakieś ludzkie dramaty...
- Może potrzebują pomocy?! - zapytałem, niepewny, co za osoby się tam kręciły. Alastor nie wydawał się być szczególnie przejęty, więc możliwe, że były tam same kompetentne osoby, wyszkolone może nawet do pomocy. Pewnie bym się nie zdziwił, gdyby było tu kilku pracowników Świętego Munga.
Chciałem coś wtrącić, doradzić dziewczynom, ale jednak ostatecznie ugryzłem się w język. To nie były moje sprawy, ale miałem nadzieję, że ostatecznie się dogadają z tym byciem mile widzianym... Za wiele nie miałem na tym polu do gadania, więc pozwoliłem sobie na rozejrzenie się wokół... Wtedy właśnie moje spojrzenie natrafiło na Bren. Wydawała się być jak zwykle pełna energii, dziś nawet nad wyraz. Aż rozważałem te jej propozycję, aczkolwiek się zawahałem, bo nie chciałem jako jedyny z towarzystwa wyrywać się do przodu.
- Bierzecie udział w tej zabawie integracyjnej...? - zapytałem ich, tak właściwie nie wiedząc, co to mogło oznaczać, jakie pomysły mogła mieć Bren na spędzanie czasu na plaży. Znaliśmy się raczej z doskoku. - Może to dobry pomysł, żebyś poczuła się częścią tej schadzki, Eden...? - zaproponowałem, właściwie chcąc ją do tego nakłonić. I może nawet resztę? Bren chyba bardzo zależało, aby jak najwięcej osób wzięło w tym udział, a ostatecznie to najpewniej wszyscy.