25.07.2024, 22:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2024, 22:25 przez Lorien Mulciber.)
Można było odnieść wrażenie, że Lorien nieszczególnie jakakolwiek atencja była do względnego zadowolenia potrzebna. Oczywiście byli małżeństwem, ale od samego początku żyli bardziej obok siebie niż przy sobie. Taki układ był uczciwy i nie psuł istniejącego porządku rzeczy.
- Robercie pokładam w Tobie większą wiarę, niż żeby się upewniać za każdym razem czy mnie słuchasz.- Odpowiedziała na zarzut, bez względu na to czy słowa męża owym zarzutem w ogóle były. W pełni spokojna, do bólu wręcz opanowana. Nie dała mu pola do interpretacji emocji, bo tych najzwyczajniej w świecie w jej głosie nie było. Wystarczyło, żeby zapytał Selar, a dowiedziałby się dokładnie gdzie i kiedy pani poszła.
Powieka jej minimalnie drgnęła, gdy wspomniał o ich sytuacji. Przewidziała to. Przewidziała każdą ewentualność. Wszystko miała dokładnie przemyślane!
Westchnęła cicho.
Nienawidziła się tłumaczyć i nie planowała tego robić. Zrobiła wszystko tak jak zrobić powinna. Przekazała mu informację, przekazała informację skrzatce na wszelki wypadek. Skorzystała z sieci fiuu, aby nie ryzykować niepotrzebnych spacerów. Spędziła dzień u ludzi, którzy lepiej niż ona sama potrafili kontrolować jej klątwę i których dom był kompletnie zabezpieczony przed jej ewentualną ucieczką. Nawet gdyby coś się stało poleciałaby najwyżej na gałąź drzewa albo przywaliła dziobem w barierę ochronną.
- Dbasz o mnie.- Powtórzyła powoli, jakby nagle to Robert potrzebował zapewnień za dobrze wykonywane obowiązki małżeńskie. Ofiarowała mu to głaskanie po główce.- Ale to moi rodzice Robercie, a ja nie jestem chora od roku czy dwóch.- To było oczywiste co miała na myśli. Nigdzie nie będzie bezpieczniejsza niż w domu rodzinnym. Szalony koncept w świecie czystokrwistej arystokracji. Kochający i wspierający rodzice, którzy nie traktują swojej jedynaczki jak towaru eksportowego.
- Czy mam cię następnym razem zabrać do mojej mamy?- Pytanie było z gatunku tych retorycznych, bo spędzenie całego dnia z Adeline Prewett przypominało bardziej obóz przetrwania dla włoskiej partyzantki niż miłe popołudnie przy kawie i ciasteczkach. Choć, sądząc po kwiatkach we włosach i rumieńcach na policzkach, Lorien rzeczywiście musiała spędzić dzień w leżaku ignorując wszelkie problemy tego świata.
Nie odbierała jego słów jako próby odebrania wolności, bo o tą się najzwyczajniej w świecie nie martwiła. Próba zamachu na niezależność pani Mulciber była w gruncie rzeczy równie opłacalna co sprzedaż śniegu w zimę. Na biegunie północnym.
Nie oczekiwała żadnego zapewnienia w zamian. Nie, jeśli miałoby być kłamstwem. Zresztą to jego dalsze słowa były o wiele bardziej interesująca. Kwestię? Coś czego nie nie powiedzieli sobie wczoraj? Coś czego nie zdążyli ustalić?
Bez większej dyskusji przysiadła w fotelu; wsparła się na łokciu o podłokietnik i oparła policzek na grzbiecie dłoni. Spoglądała na męża uważnie, pozwalając mu się nieco zaplątać w komplemencie. O ile takowym można było to nazwać. Komplementów jej w życiu nie brakowało. Otaczała się pięknymi ludźmi, którzy potrafili pięknie mówić. I jeszcze piękniej kłamać. Dlatego przywykła do przyrównywania swoich oczu do głębokich otchłani morza czy najdroższych barwników orientu. Włosów do kruczych skrzydeł. I fizjonomii do bogiń wszelakich.
Ale to wyglądasz lepiej miało jakiś taki... swój urok. I dla własnego komfortu psychicznego nie zamierzała roztrząsać czy była w tym choć szczypta prawdy. A może tylko próbował ją przekupić? Powinien doskonale wiedzieć ile była w stanie sprzedać za kawałek starego złota.
- Po prostu mi powiedz o co chodzi.- Stwierdziła. Założyła nogę na nogę, bujając nią niemal nonszalancko. Ale nie naciskała jakoś szczególnie. To przecież Robertowi podobno tak się gdzieś śpieszyło.
- Robercie pokładam w Tobie większą wiarę, niż żeby się upewniać za każdym razem czy mnie słuchasz.- Odpowiedziała na zarzut, bez względu na to czy słowa męża owym zarzutem w ogóle były. W pełni spokojna, do bólu wręcz opanowana. Nie dała mu pola do interpretacji emocji, bo tych najzwyczajniej w świecie w jej głosie nie było. Wystarczyło, żeby zapytał Selar, a dowiedziałby się dokładnie gdzie i kiedy pani poszła.
Powieka jej minimalnie drgnęła, gdy wspomniał o ich sytuacji. Przewidziała to. Przewidziała każdą ewentualność. Wszystko miała dokładnie przemyślane!
Westchnęła cicho.
Nienawidziła się tłumaczyć i nie planowała tego robić. Zrobiła wszystko tak jak zrobić powinna. Przekazała mu informację, przekazała informację skrzatce na wszelki wypadek. Skorzystała z sieci fiuu, aby nie ryzykować niepotrzebnych spacerów. Spędziła dzień u ludzi, którzy lepiej niż ona sama potrafili kontrolować jej klątwę i których dom był kompletnie zabezpieczony przed jej ewentualną ucieczką. Nawet gdyby coś się stało poleciałaby najwyżej na gałąź drzewa albo przywaliła dziobem w barierę ochronną.
- Dbasz o mnie.- Powtórzyła powoli, jakby nagle to Robert potrzebował zapewnień za dobrze wykonywane obowiązki małżeńskie. Ofiarowała mu to głaskanie po główce.- Ale to moi rodzice Robercie, a ja nie jestem chora od roku czy dwóch.- To było oczywiste co miała na myśli. Nigdzie nie będzie bezpieczniejsza niż w domu rodzinnym. Szalony koncept w świecie czystokrwistej arystokracji. Kochający i wspierający rodzice, którzy nie traktują swojej jedynaczki jak towaru eksportowego.
- Czy mam cię następnym razem zabrać do mojej mamy?- Pytanie było z gatunku tych retorycznych, bo spędzenie całego dnia z Adeline Prewett przypominało bardziej obóz przetrwania dla włoskiej partyzantki niż miłe popołudnie przy kawie i ciasteczkach. Choć, sądząc po kwiatkach we włosach i rumieńcach na policzkach, Lorien rzeczywiście musiała spędzić dzień w leżaku ignorując wszelkie problemy tego świata.
Nie odbierała jego słów jako próby odebrania wolności, bo o tą się najzwyczajniej w świecie nie martwiła. Próba zamachu na niezależność pani Mulciber była w gruncie rzeczy równie opłacalna co sprzedaż śniegu w zimę. Na biegunie północnym.
Nie oczekiwała żadnego zapewnienia w zamian. Nie, jeśli miałoby być kłamstwem. Zresztą to jego dalsze słowa były o wiele bardziej interesująca. Kwestię? Coś czego nie nie powiedzieli sobie wczoraj? Coś czego nie zdążyli ustalić?
Bez większej dyskusji przysiadła w fotelu; wsparła się na łokciu o podłokietnik i oparła policzek na grzbiecie dłoni. Spoglądała na męża uważnie, pozwalając mu się nieco zaplątać w komplemencie. O ile takowym można było to nazwać. Komplementów jej w życiu nie brakowało. Otaczała się pięknymi ludźmi, którzy potrafili pięknie mówić. I jeszcze piękniej kłamać. Dlatego przywykła do przyrównywania swoich oczu do głębokich otchłani morza czy najdroższych barwników orientu. Włosów do kruczych skrzydeł. I fizjonomii do bogiń wszelakich.
Ale to wyglądasz lepiej miało jakiś taki... swój urok. I dla własnego komfortu psychicznego nie zamierzała roztrząsać czy była w tym choć szczypta prawdy. A może tylko próbował ją przekupić? Powinien doskonale wiedzieć ile była w stanie sprzedać za kawałek starego złota.
- Po prostu mi powiedz o co chodzi.- Stwierdziła. Założyła nogę na nogę, bujając nią niemal nonszalancko. Ale nie naciskała jakoś szczególnie. To przecież Robertowi podobno tak się gdzieś śpieszyło.