26.07.2024, 06:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2024, 00:38 przez Lyssa Dolohov.)
Château des Dragons -> stoisko kowenu
Lyssa mrugnęła, ale wciąż przecież miała ten ładny, grzeczny uśmiech przyczepiony do twarzy. Anthony najwyraźniej należał do tego sortu jebniętych fascynatów magicznych stworzeń. No cóż. Na zdrowie mu, ale ona nie zamierzała jakkolwiek bardziej ciągnąć tego tematu bo by tu zaraz usnęła z nudów. Potem natomiast młoda panna Mulciber lekko ogłuchła, bo zaczęli rozmawiać o wcześniejszych występach, które miały miejsce na scenie, co natomiast interesowało jeszcze mniej niż dotychczasowe zachwyty nad smokami. Panowie najwyraźniej znali się na tyle, że nie mogli sobie odmówić zgryźliwości i czczego gadania. Dobrze, że mieli siebie, a sądząc przynajmniej po nici ciągnącej się od Anthony'ego była to dość zażyła relacja, bo chyba nikt inny nie wytrzymałby tych ich zaczepek i drewnianego odbijania piłeczki. No, przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach.
Uśmiechnęła się do Johnatana przesłodko, kiedy tylko postanowił się jej przedstawić, samej robią to samo.
Ruszyła za nimi, bo co innego mogła zrobić. Najgorsze było w tym wszystkim to, że każdy z nich był całkiem przystojny i od niej starszy, ale mimo tego absurdalnie wręcz nudny. Kiedy natomiast dotarli do stoiska kowenu, co na szczęście nie było daleko, dostała darmową lekcję etymologii, o ile tak w ogóle można to było nazwać. Co jednak faktycznie ją zainteresowało, to obecność Longbottoma.
Zignorował ją. No, no może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale było w tym coś dziwnego. Coś, czego Lyssa nie była w stanie dokładnie opisać, ale może oczekiwała odrobinę więcej uwagi, albo chociaż by ją wprost zapytał z kim ma doczynienia. Ale jeśli chciał się z nią przywitać, to podała mu rękę, przyglądając mu się dokładnie.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Była pewna, że nigdy w życiu go nie spotkała. Widziała gdzieś jego twarz, owszem, ale było to raczej zdjęcie w periodyku, do którego zajrzała raz, zobaczyła że to o tarocie i zaraz go zamknęła. A mimo to ich nić nie była mdła w swojej naturze, co byłoby właściwe dla nieznajomych. Oj nie, Morpheus wyraźnie coś do niej miał. Ale Mulciber podniosła tylko badawcze spojrzenie na jego twarz, przez moment patrząc mu prosto w oczy, aż w końcu odwróciła wzrok, uśmiechając się lekko.
- Dziękuję, ale pamięć mam wyśmienitą - wyraz pogłębił się, przybierając tego grzecznego charakteru, właściwego młodej damie, kiedy odpowiedziała Sebastianowi. - Ale poproszę świeczki - dodała, zaraz wygrzebując zapłatę i podając ją kapłanowi.
Lyssa mrugnęła, ale wciąż przecież miała ten ładny, grzeczny uśmiech przyczepiony do twarzy. Anthony najwyraźniej należał do tego sortu jebniętych fascynatów magicznych stworzeń. No cóż. Na zdrowie mu, ale ona nie zamierzała jakkolwiek bardziej ciągnąć tego tematu bo by tu zaraz usnęła z nudów. Potem natomiast młoda panna Mulciber lekko ogłuchła, bo zaczęli rozmawiać o wcześniejszych występach, które miały miejsce na scenie, co natomiast interesowało jeszcze mniej niż dotychczasowe zachwyty nad smokami. Panowie najwyraźniej znali się na tyle, że nie mogli sobie odmówić zgryźliwości i czczego gadania. Dobrze, że mieli siebie, a sądząc przynajmniej po nici ciągnącej się od Anthony'ego była to dość zażyła relacja, bo chyba nikt inny nie wytrzymałby tych ich zaczepek i drewnianego odbijania piłeczki. No, przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach.
Uśmiechnęła się do Johnatana przesłodko, kiedy tylko postanowił się jej przedstawić, samej robią to samo.
Ruszyła za nimi, bo co innego mogła zrobić. Najgorsze było w tym wszystkim to, że każdy z nich był całkiem przystojny i od niej starszy, ale mimo tego absurdalnie wręcz nudny. Kiedy natomiast dotarli do stoiska kowenu, co na szczęście nie było daleko, dostała darmową lekcję etymologii, o ile tak w ogóle można to było nazwać. Co jednak faktycznie ją zainteresowało, to obecność Longbottoma.
Zignorował ją. No, no może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale było w tym coś dziwnego. Coś, czego Lyssa nie była w stanie dokładnie opisać, ale może oczekiwała odrobinę więcej uwagi, albo chociaż by ją wprost zapytał z kim ma doczynienia. Ale jeśli chciał się z nią przywitać, to podała mu rękę, przyglądając mu się dokładnie.
Morpheus jak ja cie kurwa nienawidzę [nici]
Rzut PO 1d100 - 58
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 36
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Była pewna, że nigdy w życiu go nie spotkała. Widziała gdzieś jego twarz, owszem, ale było to raczej zdjęcie w periodyku, do którego zajrzała raz, zobaczyła że to o tarocie i zaraz go zamknęła. A mimo to ich nić nie była mdła w swojej naturze, co byłoby właściwe dla nieznajomych. Oj nie, Morpheus wyraźnie coś do niej miał. Ale Mulciber podniosła tylko badawcze spojrzenie na jego twarz, przez moment patrząc mu prosto w oczy, aż w końcu odwróciła wzrok, uśmiechając się lekko.
- Dziękuję, ale pamięć mam wyśmienitą - wyraz pogłębił się, przybierając tego grzecznego charakteru, właściwego młodej damie, kiedy odpowiedziała Sebastianowi. - Ale poproszę świeczki - dodała, zaraz wygrzebując zapłatę i podając ją kapłanowi.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.