26.07.2024, 14:28 ✶
Nora słusznie poruszyła temat dziecka. Woody powinien się wstydzić, że wcześniej o tym nie pomyślał albo… pomyślał, lecz za krótko. W przeciwieństwie do rozpicia starego alkoholika, zmiana losu tego dziecka nie była projektem na jedno popołudnie.
— Tak, zabierzemy go po wszystkim — zdecydował po wysłuchaniu obu Figgów. — Niekoniecznie przecież na zawsze. Spędzi jedno popołudnie poza domem, dopóki stary nie wytrzeźwieje, a potem... Zobaczy się, co potem.
To było proste, tymczasowe rozwiązanie. Mieli przyjaciół w Londynie, ktoś na pewno zgodzi się oddać im tę przysługę i zaopiekować dzieciakiem do jutra. Rano pośle się najwyżej po amnezjatora dla chłopca, da w łapę i nigdy nic się nie wydarzyło. Chyba że wpadną do tego czasu na lepszy pomysł.
Na to hukanie sowy opadły mu ręce. Jak u licha wytłumaczyć najebanemu rybakowi takie dźwięki? Nie walczył jednak, poddał się, machnął ręką. Pijani nieustannie robią z siebie kretynów.
— Niech ci będzie i hukanie sowy. Odhuknij, jak sprawa będzie załatwiona.
Zdawało się, że wszystkie problemy rozwiązano, plan domknięto, toteż ruszył ku chatce. Gdy tylko znalazł się w zasięgu wzroku rybaka, przywitał go okrzyk:
— Czego tu?
Rybak patrzył na niego spode łba. Ta poorana bruzdami i wysmagana wiatrem twarz mogła równie dobrze należeć do czterdziesto-, jak i sześćdziesięciolatka. Jego wielkie łapy z żałobą pod paznokciami zaciśnięte były na jakiejś sztachecie.
— Schronienia, panie, schronienia — zawołał Woody, unosząc ręce w geście kapitulacji; wyeksponował przy okazji niesioną butelkę. — Przed babą się chowam. Łazić już nie mogę po tych plażach i skarpach, a moja stara jak nawiedzona.
Żarty z gatunku ”żona zła” zawsze były bowiem w cenie i przemawiały do starych mizoginistycznych jełopów. Flaszka przemawiała z kolei do aktywnych alkoholików. Tak oto od słowa do słowa mrukliwy rybak zaprosił konia trojańskiego pod postacią Woody’ego Tarpa do klapnięcia przy zbitym z dech stoliku w cieniu chaty. Rakija została rozpieczętowana i przystąpili do konsumpcji.
Początkowo rybak, który przedstawił się imieniem Marvin, nie mówił wiele; odpowiadał Tarpowi monosylabami. Wraz z topniejącą zawartością butelki dał się wciągnąć jednakże w postękiwania o niedolach życia. Słodkawa rakija wchodziła w słoneczne popołudnie gładziutko, sprawnie opróżniali kieliszek za kieliszkiem. Coraz więcej trunku ulewało się z trzęsących rąk na dechy, coraz częściej rechotali paskudnie, Matka jedna wie, z jakich paskudnych żartów. Treść rozmowy na zawsze pozostanie tajemnicą.
Obaj zawodnicy podeszli do butelki wstępnie rozgrzani. Woody szybko pożałował wcześniejszej degustacji imprezowej oferty i modlił się w duchu, aby któryś z zaproszonych uzdrowicieli — świadom, że idzie na imprezę z alkoholem — miał w torbie coś, co pomoże mu się zresetować.
Skończył — o ironio — minimalnie mocniej skasowany niż przeciwnik. Dno butelki robiło się coraz bardziej widoczne, Woody z trudem dodawał dwa do dwóch, a rybak leżał na deskach skrzyni z mętnym wzrokiem i kręcił obrzydliwie lepiącym się kieliszkiem. Najwyższa pora, bo jeszcze czarodziej padnie i nie zahuka.
Longbottom wstał, zachwiał się, odzyskał równowagę, zachwiał jeszcze raz, wsparł ramionami o skrzynkę, zamrugał kilka razy, po czym wydusił:
— Hu… hu… hu… — Ta sowa była dotknięta upośledzeniem znacznego stopnia. — Chuja się znasz, Marv. — Złożył pohukiwanie w byle jakie zdanie, po czym opadł z powrotem na beczkę.
— Hu… hu… huja? — wybełkotał skołowany rybak, nie bardzo kapując, o co chodzi. Nie zainteresowało go to jednak na tyle, aby podnieść głowę choćby o milimetr. Woody polał mu jeszcze kolejkę, coby go czymś zająć i może, jak dopisze szczęście, wykończyć. Siebie pominął. Litości, musi jeszcze przejść po piachu z powrotem do obozu.
— Tak, zabierzemy go po wszystkim — zdecydował po wysłuchaniu obu Figgów. — Niekoniecznie przecież na zawsze. Spędzi jedno popołudnie poza domem, dopóki stary nie wytrzeźwieje, a potem... Zobaczy się, co potem.
To było proste, tymczasowe rozwiązanie. Mieli przyjaciół w Londynie, ktoś na pewno zgodzi się oddać im tę przysługę i zaopiekować dzieciakiem do jutra. Rano pośle się najwyżej po amnezjatora dla chłopca, da w łapę i nigdy nic się nie wydarzyło. Chyba że wpadną do tego czasu na lepszy pomysł.
Na to hukanie sowy opadły mu ręce. Jak u licha wytłumaczyć najebanemu rybakowi takie dźwięki? Nie walczył jednak, poddał się, machnął ręką. Pijani nieustannie robią z siebie kretynów.
— Niech ci będzie i hukanie sowy. Odhuknij, jak sprawa będzie załatwiona.
Zdawało się, że wszystkie problemy rozwiązano, plan domknięto, toteż ruszył ku chatce. Gdy tylko znalazł się w zasięgu wzroku rybaka, przywitał go okrzyk:
— Czego tu?
Rybak patrzył na niego spode łba. Ta poorana bruzdami i wysmagana wiatrem twarz mogła równie dobrze należeć do czterdziesto-, jak i sześćdziesięciolatka. Jego wielkie łapy z żałobą pod paznokciami zaciśnięte były na jakiejś sztachecie.
— Schronienia, panie, schronienia — zawołał Woody, unosząc ręce w geście kapitulacji; wyeksponował przy okazji niesioną butelkę. — Przed babą się chowam. Łazić już nie mogę po tych plażach i skarpach, a moja stara jak nawiedzona.
Żarty z gatunku ”żona zła” zawsze były bowiem w cenie i przemawiały do starych mizoginistycznych jełopów. Flaszka przemawiała z kolei do aktywnych alkoholików. Tak oto od słowa do słowa mrukliwy rybak zaprosił konia trojańskiego pod postacią Woody’ego Tarpa do klapnięcia przy zbitym z dech stoliku w cieniu chaty. Rakija została rozpieczętowana i przystąpili do konsumpcji.
Początkowo rybak, który przedstawił się imieniem Marvin, nie mówił wiele; odpowiadał Tarpowi monosylabami. Wraz z topniejącą zawartością butelki dał się wciągnąć jednakże w postękiwania o niedolach życia. Słodkawa rakija wchodziła w słoneczne popołudnie gładziutko, sprawnie opróżniali kieliszek za kieliszkiem. Coraz więcej trunku ulewało się z trzęsących rąk na dechy, coraz częściej rechotali paskudnie, Matka jedna wie, z jakich paskudnych żartów. Treść rozmowy na zawsze pozostanie tajemnicą.
Obaj zawodnicy podeszli do butelki wstępnie rozgrzani. Woody szybko pożałował wcześniejszej degustacji imprezowej oferty i modlił się w duchu, aby któryś z zaproszonych uzdrowicieli — świadom, że idzie na imprezę z alkoholem — miał w torbie coś, co pomoże mu się zresetować.
Skończył — o ironio — minimalnie mocniej skasowany niż przeciwnik. Dno butelki robiło się coraz bardziej widoczne, Woody z trudem dodawał dwa do dwóch, a rybak leżał na deskach skrzyni z mętnym wzrokiem i kręcił obrzydliwie lepiącym się kieliszkiem. Najwyższa pora, bo jeszcze czarodziej padnie i nie zahuka.
Longbottom wstał, zachwiał się, odzyskał równowagę, zachwiał jeszcze raz, wsparł ramionami o skrzynkę, zamrugał kilka razy, po czym wydusił:
— Hu… hu… hu… — Ta sowa była dotknięta upośledzeniem znacznego stopnia. — Chuja się znasz, Marv. — Złożył pohukiwanie w byle jakie zdanie, po czym opadł z powrotem na beczkę.
— Hu… hu… huja? — wybełkotał skołowany rybak, nie bardzo kapując, o co chodzi. Nie zainteresowało go to jednak na tyle, aby podnieść głowę choćby o milimetr. Woody polał mu jeszcze kolejkę, coby go czymś zająć i może, jak dopisze szczęście, wykończyć. Siebie pominął. Litości, musi jeszcze przejść po piachu z powrotem do obozu.
piw0 to moje paliwo