- Słuuchaaam? - Udał oburzenie na to jej odważne stwierdzenie, że by się nie bawiła w półśrodki - od razu by posłała go do kominka. Albo i nawet nie, parę zaklęć i człowiek może stanąć w ogniu. Największym wrogu wampirów, co się mają za nieśmiertelne. A jednak śmiertelne były tak samo jak ludzie. Nie tylko ogień mógł je pokonać, wiele więcej aspektów kręciło się wokół możliwości wyeliminowania ich z planszy. Byli ledwo odporni na proces starzenia się, mijały lata nic nie znaczące w kalendarzu ich martwych, podtrzymywanych kradzioną energią ludzi ciał. Jego udawanie było kiepskie - bo uśmiechał się przy tym od ucha do ucha. Nie był opętany doskonałym humorem, ale wolał tak, jak dusić to, co było, tak wolał pomijać to, co jest. Co wydarzyło się dopiero co. Mijał czas i coraz więcej było tych tematów do omijania i udawania, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Humor też nie był najlepszy, kiedy powiedziałbyś, że cię dusi, ale ty dusić się nie mogłeś. Zapotrzebowanie na tlen było nijakie. Równe zero, a mimo to boleć potrafiło tak samo. Przeszkadzać. Drażnić. Początek jednak dziwnego uczucia, jakie go opętało po łyknięciu tego specyfiku aż takie straszne nie było. Tylko dziwne - jedynie dziwne. Oto i sposób na zastanowienie się nad sobą samym i zajrzeniem w głąb siebie - dosłownie! Przecież nic wielkiego by się nie wydarzyło, gdyby teraz rozkroić mu brzuch i zajrzeć do środka, żeby spojrzeć, co tam się dzieje. Cynthia o tym pomyślała. Victoria była mu skarbem z nieba i nie funkcjonowała takimi skojarzeniami.
- Ej... nie ufam ci, byłyby pewnie różowe. - Uniósł kącik ust, trochę smętny w tym momencie, ale to tylko ze względu na niekoniecznie fenomenalne samopoczucie. Bo wyobrażał sobie jakieś wyjątkowo zabawne gatki, to byłoby w stylu Victorii. - Może chociaż byłyby mięciutkie... Puchate majty. - Prychnął. Można było dostać szoku poznawczego wchodząc do jego sypialni, ale że nikt tam nie wchodził to obywało się bez tego. Za życia nie mieszkał w końcu w piwnicy, a nawet jak miał zwykły pokój to zapraszanie gości do rezydencji Rookwoodów? Niee. Raczej tego unikał. Zdarzały się takie rzadkie przypadki i to raczej z konieczności. - Ay... potem ci opowiem. Chociaż pierdoli mi się z inną bajką. Trochę jest tych... legend o dzikim chłopcu wychowanym w lesie, co go wilki, pantery czy inne chuje wykarmiły. - Lekko poruszył ręką dając znać, że nie przyłożył wagi do szczegółów. Fakt, że Victoria nie była zamknięta na mugolski świat był dla niego mocną linią połączenia. Dawał nadzieję - dziwne, że właśnie o to była oparta jego linia normalności, co?
Zgodnie z poleceniem pani doktor buzię otworzył - faktycznie była opuchnięta, jak po jednym z zaklęć z opuchlizną. Tylko że on nie puchł jako tako - za to ewidentnie napuchło mu gardło. Prezentacja kłów była tutaj w komplecie. I tak, Sauriel gryzł. Ale niekoniecznie Victorię. Przynajmniej normalnie niekoniecznie. Bo jak się chujowo czuł to apetyt zawsze wzrastał.
- Czy dzisiaj liczymy od północy? - Przypierdalanie się do nomenklatury nie było czymś, co lubił, ale ten chujowy dowcip jakoś gładko się wplótł w jego samopoczucie. - Jadłem. Piłem? - Chuj wie, jak to nazwać. - Nie, nie, jak nie liczysz tytoniu... nawet nic nie piłem... alkohol, mam na myśli.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.