27.07.2024, 19:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 09:15 przez Cathal Shafiq.)
Chateau des Dragons -> stoisko kowenu
Uroda Tahiry, tak egzotyczna w Anglii, dla Cathala nie była niczym nowym: ciemne włosy, ciemne oczy i ciemna skóra były czymś, co doskonale wyryło się w jego pamięci po latach spędzonych w Egipcie. Rozdwojony język też nie przyciągał uwagi Shafiqa – mógł być objawem klątwy, drobnego zaklęcia, rzuconego na czas Lammas albo ekstrawagancji kogoś, kto dokonał takiej zmiany czarami i eliksirami. Zwrócił więc na nią nieco uważniejsze spojrzenie dopiero, gdy zadała pytanie.
Jasne oczy Cathala skupiły się na zawartości kieliszka. Nie odpowiadał długą chwilę, zbyt długą, aby było to naturalne: nie tyleż chciał ją zignorować, ile pytanie wybiło go z rytmu, zniszczyło skupienie, potrzebne mu w tłumie, pośród tylu bodźców, pchnęło ku jedynemu wspomnieniu smoka o różowych, opalenizujących łuskach, które kryło się w pamięci. Przez chwilę nie był tu i teraz, a spoglądał na bestię w locie, przelatującą nad terenem rezerwatu, na łuski mieniące się w promieniach zachodzącego słońca.
– Nie – ocenił w końcu. Nie ze złośliwości, a dlatego, że zwykle odpowiadał szczerze, rzadko czując potrzebę kłamstwa w imię dobrych manier: ktoś inny pewnie dopatrywałby się podobieństwa, ale w jego absolutnej pamięci kryło się dokładnie wspomnienie, i tamten róż nie był jednolity, łuski w różnych miejscach ciała miały inne odcienie, i oddanie tej barwy, całego jej bogactwa, byłoby niemożliwe w butelce wina. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc tylko jeden kącik ust, gdy spróbował nalanego mu trunku, a potem odłożył pusty kieliszek. – Dobrze dobrane do Lammas.
Może miał to być komplement. Może obelga. A może jedynie stwierdzenie faktu.
Z Cathalem Shafiqiem trudno było czasem powiedzieć.
– Nie sądzę, żebyśmy się znali. – Pamiętałby ją wtedy: chyba że od wspomnienia minęły lata, i jej wygląd zdążył się zmienić. – Ale tak, robię w starociach. Dziękuję za degustację
Skinął jej głową nim udał się do sąsiedniego stoiska, z którego odeszła większa część grupy i został jedynie jakiś młody chłopak, któremu jednak Shafiq nie poświęcił uwagi. Przesunął wzrokiem po wystawionych towarach, uniósł jedną ze świec, obracając ją w dłoniach - oczywiście, że miała jakiś spersonalizowany napis, dewocjonalia w Anglii prawie zawsze go miały... - a potem skupił spojrzenie na stojącym za ladą Macmillanie. Zmierzył go spojrzeniem, przypatrując się szacie.
– Ładna szatka, Sebastianie. Posada w Ministerstwie cię ostatnio znudziła?
Uroda Tahiry, tak egzotyczna w Anglii, dla Cathala nie była niczym nowym: ciemne włosy, ciemne oczy i ciemna skóra były czymś, co doskonale wyryło się w jego pamięci po latach spędzonych w Egipcie. Rozdwojony język też nie przyciągał uwagi Shafiqa – mógł być objawem klątwy, drobnego zaklęcia, rzuconego na czas Lammas albo ekstrawagancji kogoś, kto dokonał takiej zmiany czarami i eliksirami. Zwrócił więc na nią nieco uważniejsze spojrzenie dopiero, gdy zadała pytanie.
Jasne oczy Cathala skupiły się na zawartości kieliszka. Nie odpowiadał długą chwilę, zbyt długą, aby było to naturalne: nie tyleż chciał ją zignorować, ile pytanie wybiło go z rytmu, zniszczyło skupienie, potrzebne mu w tłumie, pośród tylu bodźców, pchnęło ku jedynemu wspomnieniu smoka o różowych, opalenizujących łuskach, które kryło się w pamięci. Przez chwilę nie był tu i teraz, a spoglądał na bestię w locie, przelatującą nad terenem rezerwatu, na łuski mieniące się w promieniach zachodzącego słońca.
– Nie – ocenił w końcu. Nie ze złośliwości, a dlatego, że zwykle odpowiadał szczerze, rzadko czując potrzebę kłamstwa w imię dobrych manier: ktoś inny pewnie dopatrywałby się podobieństwa, ale w jego absolutnej pamięci kryło się dokładnie wspomnienie, i tamten róż nie był jednolity, łuski w różnych miejscach ciała miały inne odcienie, i oddanie tej barwy, całego jej bogactwa, byłoby niemożliwe w butelce wina. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc tylko jeden kącik ust, gdy spróbował nalanego mu trunku, a potem odłożył pusty kieliszek. – Dobrze dobrane do Lammas.
Może miał to być komplement. Może obelga. A może jedynie stwierdzenie faktu.
Z Cathalem Shafiqiem trudno było czasem powiedzieć.
– Nie sądzę, żebyśmy się znali. – Pamiętałby ją wtedy: chyba że od wspomnienia minęły lata, i jej wygląd zdążył się zmienić. – Ale tak, robię w starociach. Dziękuję za degustację
Skinął jej głową nim udał się do sąsiedniego stoiska, z którego odeszła większa część grupy i został jedynie jakiś młody chłopak, któremu jednak Shafiq nie poświęcił uwagi. Przesunął wzrokiem po wystawionych towarach, uniósł jedną ze świec, obracając ją w dłoniach - oczywiście, że miała jakiś spersonalizowany napis, dewocjonalia w Anglii prawie zawsze go miały... - a potem skupił spojrzenie na stojącym za ladą Macmillanie. Zmierzył go spojrzeniem, przypatrując się szacie.
– Ładna szatka, Sebastianie. Posada w Ministerstwie cię ostatnio znudziła?