- Pokazał, że jest dzieciakiem. Głupim, lekkomyślnym oraz nieodpowiedzialnym dzieciakiem. Niczym więcej. - prosta odpowiedź, tyle tylko, że pozbawiona konkretów. Mógł powiedzieć tutaj więcej, mógł wszystko rozwinąć, tylko czy znajomość szczegółów cokolwiek by w tym przypadku zmieniła? Miała jakiekolwiek znaczenie? Z jednej strony człowiek chętnie by się tym podzielił, chętnie pewne rzeczy z siebie wyrzucił. Z drugiej natomiast... to nie było tego warte. Po prostu nie było tego warte.
Czy w chwili obecnej, którekolwiek z ich dwójki tak naprawdę chciało się skupiać na Charlim? Jego głupocie? Nieodpowiedzialności? Na tym, czego dokonał teraz i co zrobił wcześniej? Uciekli z Londynu po to, żeby się od tego wszystkiego odciąć; żeby nie musieć się z tym mierzyć. Jaki więc sens miało ciągnięcie tego tematu?
Gdyby tylko łatwo było odciąć się od tego, co niewygodne.
Gdyby dało się tak po prostu przejść nad wszystkim do porządku dziennego.
Szczere rozmowy. Szczere wyznania. Robert Mulciber nie był kimś, kto zwykł dzielić się z innymi tym, co siedziało w jego wnętrzu. Jedynie z bratem. Choć akurat Richardowi wiele mówić nie musiał. On wiedział. On rozumiał. Nie potrzebował do tego słów. Zbyt dobrze się znali. Posiadali podobne doświadczenia.
Ostatnie miesiące? Powiedzieć, że były dla niego ciężkie, to jakby nie powiedzieć nic. Działo się dużo. Zaszło wiele zmian. Pojawiły się kolejne problemy. Dopadły go ponadto konsekwencje wcześniej podjętych działań. Charlie... w tym wszystkim Charlie stanowił wisienkę na torcie. Wykręcił im wszystkim numer, który sprawił, że w przypadku Roberta przelała się wreszcie czara goryczy. Poczuł się tym wszystkim zmęczony.
Poczuł, że miał tego wszystkiego serdecznie dość.
A przecież dla niego, dla Roberta Mulcibera, rodzina zawsze była najważniejsza. Zawsze dbał o jej dobro; o jej interes. Na tyle, na ile był w stanie. Na tyle, na ile potrafił. Tylko czy nadal było to tego warte?
- Ponieważ nie mamy niczego innego. - nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią. Ile razy o tym myślał? ile razy rozważał rzucenie tego wszystkiego w cholerę? Poszukanie dla siebie innej drogi? Tylko co mógł zrobić? Czym innym mógł to zastąpić? Jego sytuacja nie była prosta. Nie była łatwa. Człowiek musi w jakiś sposób się utrzymać. Na czymś zarabiać. Świeczki i kadzidła, choć nie były szczególnie dochodowe, pozwalały na to. Pozwalały im wszystkim utrzymać się na powierzchni.
Zarazem jednak nie były w stanie sprawić, żeby nadal byli tymi samymi Mulciberami, co przed laty. Mającymi pieniądze. Kontrolującymi Departament Tajemnic. Posiadającymi wpływy w Ministerstwie Magii. To, zdawało się, stracili już bezpowrotnie.
Nie zarejestrował momentu, kiedy Lorien pierw chciała dotknąć, a następnie cofnęła dłoń wyciągniętą w kierunku jego ramienia. Wciąż wpatrzony był w... nic konkretnego, nawet nie kota. Wciąż też skupiony pozostawał przede wszystkim na samym sobie. Zmieniło się to dopiero w momencie, kiedy kobieta wspomniała o roku 1962. W zasadzie to w 1963. Tutaj jednak nie tracił czasu na poprawianie jej. Nie uważał, aby było to konieczne. To były nieistotne szczegóły.
- Wielu było blisko tego kroku, ostatecznie zdecydowali się na niego nieliczni, którzy okazali się być wystarczająco dużymi... głupcami. - zauważył, spoglądając na nią tak, jakby nagle dostrzegł w jej drobnej sylwetce coś nowego. Jakby nagle coś nowego dostrzegł w samej Lorien. Cokolwiek to jednak było, nie dało się tego jednoznacznie określić. Odczytać. Zinterpretować. - Odejście z Ministerstwa nikomu nie wyszło na dobre. Nie tylko nam.
Chciała powiedzieć coś więcej? Coś więcej wyznać? Wolna droga. O ile tylko chciał, Robert potrafił słuchać. Problem w tym, że nie zdarzało się to często. Słuchanie bowiem pozwalało na stworzenie więzi. Podobnie jak wymienianie się swoimi doświadczeniami. Jak te wszystkie szczere rozmowy. On nie chciał nawiązywać tych więzi. Świadomie i celowo trzymał dystans. Świadomie i celowo wycofał się, ograniczając swoje życie przede wszystkim do tego przeklętego gabinetu, w którym potrafił spędzać długie godziny.
A czasami nawet i całe dnie.