Cierpliwość. Wyrozumiałość. Pewna tolerancja na młodzieńczą głupotę. To wszystko już było. Towarzyszyło Robertowi odkąd Charles pojawił się w Londynie wraz z początkiem lipca. Stopniowo wyczerpywało się jednak wraz z każdym kolejnym tygodniem. Kolejne wyskoki bratanka w niczym nie pomagały. Ostatni natomiast... ten ostatni zdawał się stanowić już nie mniej i nie więcej, jak gwóźdź do jego trumny. Tej trumny, którą sam sobie powolutku zbijał - po trosze każdego dnia.
Nie był jego synem. Całe szczęście w tym, że chłopak nie był jego synem. To nie jego obowiązkiem było w tym przypadku uświadomienie go odnośnie tego, co zrobił. Na co naraził rodzinę. Swoich bliskich. Nie on musiał też wyciągać w kierunku tego smarkacza odpowiednie konsekwencje. Bo tego, że konsekwencje należało wyciągnąć - tego Robert był absolutnie pewny. Nie miał nawet cienia wątpliwości.
Obserwując brata, po prostu czekał. Na konkretne informacje. Na przedstawienie tego, jak wyglądała sytuacja. Choć przychodziło mu to z trudem, nie wyciągnął ręki. Nie zdecydował się go pocieszyć. Okazać wsparcia. Wsparcia, którego bliźniak być może potrzebował. Na pewno potrzebował? A przecież rozumiał. Robert jak nikt inny rozumiał ile musiało go to kosztować. I dlaczego kosztowało to Richarda tak wiele.
- Nie chce go widzieć. Masz racje. Jedynie to, że ten smarkacz jest Twoim synem, powstrzymuje mnie przed tym, żeby wystawić go za drzwi już teraz. W tym momencie. - postawił sprawę jasno. Równie jasno, co wcześniej. Kiedy nie miał zbyt wiele czasu na przedstawienie swoich własnych oczekiwań odnośnie tej sytuacji. Tego problemu, który należało rozwiązać. Odpowiednio się nim zająć. - Nie liczyłbym na to, że ten cholerny dzieciak czegokolwiek się nauczy. Przykro mi to mówić, Rick, ale wygląda na to, że na rozum zamienił się z olbrzymem. Ewentualnie jakimś trollem.
Odchylił się w swoim fotelu, spoglądając przez moment prosto na sufit. Gdyby było inaczej, gdyby dzieciak nie był tak beznadziejnym przypadkiem - przynajmniej w odczuciu Roberta - dałoby się cokolwiek temu zaradzić. Trochę dyscypliny. Więcej obowiązków. Regularne meldowanie się. Stała kontrola. Znalezienie mu odpowiedniego zajęcia, które wybiłoby z głowy te wszystkie bzdury.
Kusiło go, cholernie go kusiło, żeby podejść do komody. Sięgnąć po szklankę oraz odpowiednią karafkę. Z jakąś dobrą whisky. Nalać sobie. Napić się. No dalej. Przecież tego potrzebujesz. Szeptał cichy głosik. Przecież tego chcesz. Uparcie namawiał, sprawiając że Robert musiał aż na moment zamknąć oczy. Spróbować się wyciszyć. Jakoś ogarnąć. Jakby to było proste. Jakby to dało się osiągnąć łatwo.
Wreszcie kolejny raz spojrzał na brata.
- Ile dałeś mu czasu? - konkrety. Musiał skupić się na konkretach. To właśnie one były w stanie pomóc mu utrzymać pion. Jakoś z tym wszystkim się uporać. Przynajmniej pozornie uporać. Tak na pierwszy rzut oka. Bo że wszystko będzie w nim siedzieć jeszcze przez pewien czas - to było pewne. To było pewne absolutnie.