28.07.2024, 23:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2024, 23:50 przez Oleander Crouch.)
Nie myślał o jego rodzicach. W zasadzie rzadko myślał o kimkolwiek innym niż sobie i, ostatnio ku swej własnej trwodze, Desmondzie. Stojąca na przeciwko nich Jagoda była dla Oleandra takim samym tłem jak reszta gości. Cóż było mu po jej słowach, twarzy, obecności? To nie jej chciał słuchać, nie na nią patrzeć, wiedzieć, że znajduje się zaraz obok.
Pomimo chęci odgryzienia się o wspomnianej zgorzkniałości - niechaj pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez grzechu - wysłuchał wypowiedzi Desmonda cierpliwie, a zanim ten ukoronował ją wzmianką o starszych Malfoyach, Oleander był w stanie oczami wyobraźni zwizualizować sobie każdą, przyjemniejsza chwilę jaką spędzili na łąkach Wiltshire; frywolny zapach lata i namalowany ciepłymi barwami portret, który Desmond wysłał mu pocztą stosunkowo niedawno.
Miłość. Ileż było w niej niepotrzebnej goryczy; wylewała się, niczym gorzka whisky z gardła, gdy przepełniło się nią żołądek.
Sceneria się zmieniła - zniknęła Jagoda, zniknął też szorstki materiał marynarki Desmonda. Przesuwał się pomiędzy gośćmi weselnymi zerkając kątem oka za siebie i mimowolnie odnajdując ciężki materiał grubego garnituru w tłumie ludzi. Robiło mu się coraz goręcej, nieprzyjemniej. Wspomnienie rozczarowania pulsowało w żyłach, rozlewało się po całym ciele osadzając w opuszkach palców, sprawiając że ich zwyczajowa frywolność ginęła ciągnięta ku dołowi kamieniem odrzucenia.
W przyzwyczajeniu, automatycznie przystawał przy znajomych twarzach, aby wymienić z nimi fałszywie energiczne powitania. Róż jego policzków podkreślany doborem stroju otulał twarz, dodawał rozpromienionej żywotności jędrnym policzkom. Kłamstwo czaiło się w młodzieńczej niewinności, aby umknąć zostawiając za sobą aromatyczną woń jaśminu i gorzkiej ułudy.
Wiedział, że ciągle za nim podąża. Nie tracił czujności, chociaż dzierżył w dłoni już czwary kieliszek wypełniony złotymi bąbelkami. Zanim wślizgnął się na niewielką werandę dzielącą główną salę od klatki schodowej, złapał w dłoń jedną z butelek szampana - w końcu po coż miała zagracać blaty stołów? Ktoś zapewne i tak by go wypił. Jedna butelka w tę czy inną nie powinna nadwyrężyć, i tak po brzegi wypełnionego, skarbca Blacków.
Słońce chyliło się ku upadkowi, jego obumierające promienie przesunęły koniuszkami palców po materiale marynarki Oleandra, przedstawiając światu jej zalety w zgoła innej barwie; pudrowy pomarańcz rozwiniętych lilii zniknął za łukiem wejścia na klatkę schodową. Żywotne kolory przykryła przyziemna czerń, pudrowe barwy w cieniach portretów rzucających podejrzliwe spojrzenia nadawały mu wygląd zjawy, poltergeista, którego przy życiu trzyma pamięć i uczucia innych.
Zaśmiał się figlarnie słysząc, że podąrzający za nim Desmond poddał się wygodzie prywatnej scenerii i zdecydował ujawnić swą obecność; perliste nuty odbiły się od skrzypiących desek posadzki pozwalając perskiemu dywanowi stłumić jego dalsze echa. Dziwnie intymna atmosfera mogłaby wydawać się wręcz klaustrofobiczna.
Otworzył drzwi na strych nie obdarzając Malfoya odpowiedzią. Dopiero wtedy odwrócił się w jego kierunku i uniósł do góry butelkę szampana.
- Nie mam pojęcia co wyprawiam, ale nie chciałem tam być - wzruszył ramionami. Czy przez 'tam' miał na myśli swe zagraniczne wojaże, czy też pełną weselników salę - trudno było stwierdzić.
- Chodź, wiem, że nie sprawia ci przyjemności lawirowanie pomiędzy tym tłumem. Jest ktoś, kogo Black nie zaprosił? Nie rozumiem cóż przyszło mu do głowy, aby ugościć te cyrkowe zwierzaki za zewnątrz. Może to miał być jakiś żart, albo taki rodzaj wystawienia małp w klatkach, jak w zoo? - zagadnął, zmieniając temat. Zrobił to umyślnie i trochę złośliwie, pamiętając jak Desmond chciał rozmawiać o syropie i crumpets, a nie faktycznych uczuciach.
Odwracał kota ogonem i próbował przesuwać granicę, sprawdzając gdzie leży ta ostateczna. Jednocześnie wiedział, że nie będzie potrafił ciągnąć tych złośliwości w nieskończonosć. Cień łez, który zaobserwował w tafli niebieskich oczu był wystarczająco ostrym sztyletem, aby nakłóć jego i tak już zbolałe serce. Czasami czuł się taki żałosny, targany tymi wszystkimi emocjami - ale czy nie tym właśnie był? Naczyniem na to, co zsyłał ku niemu los, aby zauroczyć słuchających przekutymi w nuty uczuciami.
Postawił nogę na żeliwnym podłożu; wykwintnie pozawijany materiał zakręcał się, tworząc kolejne schodki prowadząc ku najwyższej kondygnacji domu. Na strychu było gorąco, acz chłód wpadającego przez szparę uchylonego okna wieczora, sprawiał, że osiadająca na ramiona wilgoć stawała się znośna. Półmrok pomieszczenia dawał wystarczajaco dużo widoczności, aby spostrzec kształty mebli zakrytych białymi prześcieradłami. Oleander usiadł na ramie jednego z nich i postawił obok siebie dzierżoną butelkę. Oparł głowę o skos dachu i skierował spojrzenie ku górze, słysząc skrzypienie schodów w rytmie znajomych kroków.
- Nie utoniesz w Styksie jak będziemy wystarczająco wysoko. - półszept wysmyknął się spodziędzy warg ogarniając uszy rozmówcy, a Crouch przymknął oczy. Komentarz wydawał się przychodzić znikąd, ale ta dwójka doskonale wiedziała co ma oznaczać.
Drzwi na strych były zamknięte. Muzyka i rozmowy weselników ginęły w zaklęciach wygłuszających - panowała pomiędzy nimi absolutna cisza.
Pomimo chęci odgryzienia się o wspomnianej zgorzkniałości - niechaj pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez grzechu - wysłuchał wypowiedzi Desmonda cierpliwie, a zanim ten ukoronował ją wzmianką o starszych Malfoyach, Oleander był w stanie oczami wyobraźni zwizualizować sobie każdą, przyjemniejsza chwilę jaką spędzili na łąkach Wiltshire; frywolny zapach lata i namalowany ciepłymi barwami portret, który Desmond wysłał mu pocztą stosunkowo niedawno.
Miłość. Ileż było w niej niepotrzebnej goryczy; wylewała się, niczym gorzka whisky z gardła, gdy przepełniło się nią żołądek.
Sceneria się zmieniła - zniknęła Jagoda, zniknął też szorstki materiał marynarki Desmonda. Przesuwał się pomiędzy gośćmi weselnymi zerkając kątem oka za siebie i mimowolnie odnajdując ciężki materiał grubego garnituru w tłumie ludzi. Robiło mu się coraz goręcej, nieprzyjemniej. Wspomnienie rozczarowania pulsowało w żyłach, rozlewało się po całym ciele osadzając w opuszkach palców, sprawiając że ich zwyczajowa frywolność ginęła ciągnięta ku dołowi kamieniem odrzucenia.
W przyzwyczajeniu, automatycznie przystawał przy znajomych twarzach, aby wymienić z nimi fałszywie energiczne powitania. Róż jego policzków podkreślany doborem stroju otulał twarz, dodawał rozpromienionej żywotności jędrnym policzkom. Kłamstwo czaiło się w młodzieńczej niewinności, aby umknąć zostawiając za sobą aromatyczną woń jaśminu i gorzkiej ułudy.
***
Wiedział, że ciągle za nim podąża. Nie tracił czujności, chociaż dzierżył w dłoni już czwary kieliszek wypełniony złotymi bąbelkami. Zanim wślizgnął się na niewielką werandę dzielącą główną salę od klatki schodowej, złapał w dłoń jedną z butelek szampana - w końcu po coż miała zagracać blaty stołów? Ktoś zapewne i tak by go wypił. Jedna butelka w tę czy inną nie powinna nadwyrężyć, i tak po brzegi wypełnionego, skarbca Blacków.
Słońce chyliło się ku upadkowi, jego obumierające promienie przesunęły koniuszkami palców po materiale marynarki Oleandra, przedstawiając światu jej zalety w zgoła innej barwie; pudrowy pomarańcz rozwiniętych lilii zniknął za łukiem wejścia na klatkę schodową. Żywotne kolory przykryła przyziemna czerń, pudrowe barwy w cieniach portretów rzucających podejrzliwe spojrzenia nadawały mu wygląd zjawy, poltergeista, którego przy życiu trzyma pamięć i uczucia innych.
Zaśmiał się figlarnie słysząc, że podąrzający za nim Desmond poddał się wygodzie prywatnej scenerii i zdecydował ujawnić swą obecność; perliste nuty odbiły się od skrzypiących desek posadzki pozwalając perskiemu dywanowi stłumić jego dalsze echa. Dziwnie intymna atmosfera mogłaby wydawać się wręcz klaustrofobiczna.
Otworzył drzwi na strych nie obdarzając Malfoya odpowiedzią. Dopiero wtedy odwrócił się w jego kierunku i uniósł do góry butelkę szampana.
- Nie mam pojęcia co wyprawiam, ale nie chciałem tam być - wzruszył ramionami. Czy przez 'tam' miał na myśli swe zagraniczne wojaże, czy też pełną weselników salę - trudno było stwierdzić.
- Chodź, wiem, że nie sprawia ci przyjemności lawirowanie pomiędzy tym tłumem. Jest ktoś, kogo Black nie zaprosił? Nie rozumiem cóż przyszło mu do głowy, aby ugościć te cyrkowe zwierzaki za zewnątrz. Może to miał być jakiś żart, albo taki rodzaj wystawienia małp w klatkach, jak w zoo? - zagadnął, zmieniając temat. Zrobił to umyślnie i trochę złośliwie, pamiętając jak Desmond chciał rozmawiać o syropie i crumpets, a nie faktycznych uczuciach.
Odwracał kota ogonem i próbował przesuwać granicę, sprawdzając gdzie leży ta ostateczna. Jednocześnie wiedział, że nie będzie potrafił ciągnąć tych złośliwości w nieskończonosć. Cień łez, który zaobserwował w tafli niebieskich oczu był wystarczająco ostrym sztyletem, aby nakłóć jego i tak już zbolałe serce. Czasami czuł się taki żałosny, targany tymi wszystkimi emocjami - ale czy nie tym właśnie był? Naczyniem na to, co zsyłał ku niemu los, aby zauroczyć słuchających przekutymi w nuty uczuciami.
Postawił nogę na żeliwnym podłożu; wykwintnie pozawijany materiał zakręcał się, tworząc kolejne schodki prowadząc ku najwyższej kondygnacji domu. Na strychu było gorąco, acz chłód wpadającego przez szparę uchylonego okna wieczora, sprawiał, że osiadająca na ramiona wilgoć stawała się znośna. Półmrok pomieszczenia dawał wystarczajaco dużo widoczności, aby spostrzec kształty mebli zakrytych białymi prześcieradłami. Oleander usiadł na ramie jednego z nich i postawił obok siebie dzierżoną butelkę. Oparł głowę o skos dachu i skierował spojrzenie ku górze, słysząc skrzypienie schodów w rytmie znajomych kroków.
- Nie utoniesz w Styksie jak będziemy wystarczająco wysoko. - półszept wysmyknął się spodziędzy warg ogarniając uszy rozmówcy, a Crouch przymknął oczy. Komentarz wydawał się przychodzić znikąd, ale ta dwójka doskonale wiedziała co ma oznaczać.
Drzwi na strych były zamknięte. Muzyka i rozmowy weselników ginęły w zaklęciach wygłuszających - panowała pomiędzy nimi absolutna cisza.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦