29.07.2024, 00:34 ✶
Wszystkie zmartwienia odpłynęły; nieczysta wcześniej melodia zmieniła się w wygrywane na wiecznie nastrojonych strunach dźwięki. Słodkość harmonijnych akordów zgrywała się w rozleniwiające, padające na skroń promienie letniego słońca; otulały ciepłem ustępując miejsca przyjemnym powiewom wiatru. Niesforne kosmyki jasnych włosów opadające na czoło Desmonda błyszczały złotem słonecznego popołudnia. Kolejny powiew wiatru ukoił nozdrza zapachem runa leśnego. Majaczące w tle korony drzew rozmywały się z wysoką trawą, jej sprężystość układała się harmonijnie pod wgłębieniem odcinka lędźwiowego pleców. Uginające się, delikatne korony kwiatów i długich traw wydawały się wygrywać swą własną melodię imitując dzwonki i flet, gdy przepływający nieopodal strumyk, swoim szumem wprowadzał do symfonii ingerencję instrumentów smyczkowych.
- Czasami wydaje mi się, że nigdy stąd nie odeszliśmy - odparł, niezbyt panując nad słowami, które same wylały się spomiędzy warg. Beztroska zawładnęła jego umysłem, utonął w prostocie uśmiechu i powolnym cykaniu konika polnego. Wszystko w tym krótkim, acz wydającym się trwać w nieskończoność, geście wydawało mu się idealne.
- Możemy tu zostać? - zapytał, nie powstrzymując naiwnej, w swojej prostocie dziecinnej nadziei płynącej z wnętrza barwy głosu.
Odwrócił się na brzuch, przysuwając tym samym bliżej sylwetki drugiego chłopaka. Odciśnięta od ciężaru jego ciała trawa, zaczęła wracać powoli do swego oryginalnego kształtu. Świeże, dopiero co przygniecione źdźbła załaskotały go w brzuch i klatkę piersiową. Materiał zapiętej tylko na jeden guzik koszuli rozsunął się na boki, gdy brązowe loki opadły na pierś blondyna. Zieleń oczu współgrała ze świeżością letniej trawy, przetykanej gdzieniegdzie żółcią i paletą barw polnych kwiatów.
Otarł policzek o szorstki materiał białej koszuli Desmonda i przymknął oczy, pozwalając by rzęsy dotknęły nakrapianych piegami policzków. Zaraz jednak otworzył je gwałtownie, jakby przez chwilę nieuwagi cała sielanka miała zniknąć, a on znowu musiałby trzymać się na dystans. Serce zabiło mu mocniej, a w oczach wykwitła widoczna panika, sprawiając, że ich tęczówki, mimowolnie, jakoby wypłukiwanym pędzlem z ciemnej barwy, przybrudziły się brązem.
- Czasami wydaje mi się, że nigdy stąd nie odeszliśmy - odparł, niezbyt panując nad słowami, które same wylały się spomiędzy warg. Beztroska zawładnęła jego umysłem, utonął w prostocie uśmiechu i powolnym cykaniu konika polnego. Wszystko w tym krótkim, acz wydającym się trwać w nieskończoność, geście wydawało mu się idealne.
- Możemy tu zostać? - zapytał, nie powstrzymując naiwnej, w swojej prostocie dziecinnej nadziei płynącej z wnętrza barwy głosu.
Odwrócił się na brzuch, przysuwając tym samym bliżej sylwetki drugiego chłopaka. Odciśnięta od ciężaru jego ciała trawa, zaczęła wracać powoli do swego oryginalnego kształtu. Świeże, dopiero co przygniecione źdźbła załaskotały go w brzuch i klatkę piersiową. Materiał zapiętej tylko na jeden guzik koszuli rozsunął się na boki, gdy brązowe loki opadły na pierś blondyna. Zieleń oczu współgrała ze świeżością letniej trawy, przetykanej gdzieniegdzie żółcią i paletą barw polnych kwiatów.
Otarł policzek o szorstki materiał białej koszuli Desmonda i przymknął oczy, pozwalając by rzęsy dotknęły nakrapianych piegami policzków. Zaraz jednak otworzył je gwałtownie, jakby przez chwilę nieuwagi cała sielanka miała zniknąć, a on znowu musiałby trzymać się na dystans. Serce zabiło mu mocniej, a w oczach wykwitła widoczna panika, sprawiając, że ich tęczówki, mimowolnie, jakoby wypłukiwanym pędzlem z ciemnej barwy, przybrudziły się brązem.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦