29.07.2024, 01:12 ✶
Zaniepokojony, oderwał wzrok od Oleandra, żeby ze zmrużonymi oczami spojrzeć wgłąb świeżo otwartego pomieszczenia. Zapadający zmierzch mącił mu wizję, rozmazując krawędzie obiektów i wysysając ich barwy. Gdzieś w półmroku wypatrzył zarys stromych stopni i kunsztownie zdobionej, żeliwnej poręczy. Strych, to musiała być droga na strych. Cóż, w razie czego może znajdzie się tam okno. Droga na dół byłaby długa.
Przystanął niepewnie w połowie korytarza, kontemplując nagły, nieszczególnie cichy chichot ze strony przyjaciela. Dlaczego się śmiał? Przecież właśnie uciekał, ukrywał się, jak cholerna zwierzyna.
– Perseus zawsze był. Osobliwy – odparł, dopatrując się w oczach Oleandra jego prawdziwych intencji. Powoli orientował się, co on właśnie próbował zrobić i wiedział, że nie będzie w stanie mu przeszkodzić. – Jest. Bliskim. Przyjacielem mojego kuzyna. A on opisałby go. Mniej pochlebnie. I mam wrażenie że miałby rację bo ta sytuacja wygląda jak celowa prowokacja. Jestem zaskoczony. Że. Nie polała się żadna krew. Dlaczego mógłby chcieć rozzłościć własną rodzinę nie wiem.
Był świadomy, że to, co mu odpowie, nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Jego raptownie urywane wypowiedzi stanowiły jedynie tło dla kolejnych jego kroków.
– Ale ty. Masz w tym. Doświadczenie może mógłbyś mi to wyjaśnić.
Nie mógł powstrzymać się od tej nie-drobnej uszczypliwości, ale mimo to posłusznie wchodził za nim na górę. Nie istniała inna opcja.
Odetchnął głęboko, gdy pierwszy powiew chłodu wieczornego powietrza dobiegł do niego zza niedomkniętego okna, do którego zbliżył się niezwłocznie i które otworzył szerzej, oparłszy ciężkie od upojenia ciało o jego parapet. Nie wyglądał, jakby było mu wygodnie, ale nieugięcie zastygnął w bezruchu, nie zamierzając zmienić pozycji w najdrobniejszym stopniu. Znudzonym spojrzeniem powiódł po pomieszczeniu, ostatecznie zatrzymując uwagę na ukradzionej butelce szampana, którą Oleander postawił obok siebie.
Z jego ust wydobył się osobliwy dźwięk - coś pomiędzy prychnięciem, śmiechem a jękiem. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. W ciągu sekundy poczuł, jak rzeczywistość wokół niego mięknie, jak czas ugina się i przestaje mieć znaczenie. Oleandra wcale tu nie było, jego samego też nie. Ten strych nie mógł tak wyglądać, przecież nikt nie zostawiłby otwartego wejścia do niego podczas tak dużego ewentu. Wesele Perseusza też wcale nie wyglądało realnie, teraz dostrzegał te wszystkie dziwaczne szczegóły, które zwyczajnie nie zgrywały się ze sobą, nie składały się w spójną całość.
Oderwał biodro od parapetu, ramię od zakurzonej ściany. Podejrzliwie przyjrzał się spokojnej twarzy przyjaciela, którego oczy pozostawały zamknięte. Później skupił się na tym, co widział przez szybę. Idylliczna zieleń kołysana delikatnym wiatrem, ciemne rzędy krzewów czarnych kwiatów, kolorowe szaty gości przechadzających się po ogrodzie. Czuł znajomą mieszankę woni - drzewa, kwiaty, rosa, kurz, jego własny pot i ta przeklęta whisky. Słyszał spokojny oddech siedzącego niedaleko Oleandra, słyszał mordercze tempo bicia własnego serca. Śliski chłód szkła wciąż drażnił jego palce.
Nie, to nie mógł być sen.
Zajęło mu to parę minut, ale zdołał przywrócić się do porządku, podczas całego procesu zachowując absolutną ciszę.
– Ile. Wiesz – burknął cicho.
Przystanął niepewnie w połowie korytarza, kontemplując nagły, nieszczególnie cichy chichot ze strony przyjaciela. Dlaczego się śmiał? Przecież właśnie uciekał, ukrywał się, jak cholerna zwierzyna.
– Perseus zawsze był. Osobliwy – odparł, dopatrując się w oczach Oleandra jego prawdziwych intencji. Powoli orientował się, co on właśnie próbował zrobić i wiedział, że nie będzie w stanie mu przeszkodzić. – Jest. Bliskim. Przyjacielem mojego kuzyna. A on opisałby go. Mniej pochlebnie. I mam wrażenie że miałby rację bo ta sytuacja wygląda jak celowa prowokacja. Jestem zaskoczony. Że. Nie polała się żadna krew. Dlaczego mógłby chcieć rozzłościć własną rodzinę nie wiem.
Był świadomy, że to, co mu odpowie, nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Jego raptownie urywane wypowiedzi stanowiły jedynie tło dla kolejnych jego kroków.
– Ale ty. Masz w tym. Doświadczenie może mógłbyś mi to wyjaśnić.
Nie mógł powstrzymać się od tej nie-drobnej uszczypliwości, ale mimo to posłusznie wchodził za nim na górę. Nie istniała inna opcja.
Odetchnął głęboko, gdy pierwszy powiew chłodu wieczornego powietrza dobiegł do niego zza niedomkniętego okna, do którego zbliżył się niezwłocznie i które otworzył szerzej, oparłszy ciężkie od upojenia ciało o jego parapet. Nie wyglądał, jakby było mu wygodnie, ale nieugięcie zastygnął w bezruchu, nie zamierzając zmienić pozycji w najdrobniejszym stopniu. Znudzonym spojrzeniem powiódł po pomieszczeniu, ostatecznie zatrzymując uwagę na ukradzionej butelce szampana, którą Oleander postawił obok siebie.
Z jego ust wydobył się osobliwy dźwięk - coś pomiędzy prychnięciem, śmiechem a jękiem. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. W ciągu sekundy poczuł, jak rzeczywistość wokół niego mięknie, jak czas ugina się i przestaje mieć znaczenie. Oleandra wcale tu nie było, jego samego też nie. Ten strych nie mógł tak wyglądać, przecież nikt nie zostawiłby otwartego wejścia do niego podczas tak dużego ewentu. Wesele Perseusza też wcale nie wyglądało realnie, teraz dostrzegał te wszystkie dziwaczne szczegóły, które zwyczajnie nie zgrywały się ze sobą, nie składały się w spójną całość.
Oderwał biodro od parapetu, ramię od zakurzonej ściany. Podejrzliwie przyjrzał się spokojnej twarzy przyjaciela, którego oczy pozostawały zamknięte. Później skupił się na tym, co widział przez szybę. Idylliczna zieleń kołysana delikatnym wiatrem, ciemne rzędy krzewów czarnych kwiatów, kolorowe szaty gości przechadzających się po ogrodzie. Czuł znajomą mieszankę woni - drzewa, kwiaty, rosa, kurz, jego własny pot i ta przeklęta whisky. Słyszał spokojny oddech siedzącego niedaleko Oleandra, słyszał mordercze tempo bicia własnego serca. Śliski chłód szkła wciąż drażnił jego palce.
Nie, to nie mógł być sen.
Zajęło mu to parę minut, ale zdołał przywrócić się do porządku, podczas całego procesu zachowując absolutną ciszę.
– Ile. Wiesz – burknął cicho.