29.07.2024, 01:45 ✶
Upajał się skonfundowaniem. Zdezorientowane spojrzenia bywały przyjemniejsze niż drapiące podniebienie bąbelki szampana. Lubował się w drogich trunkach, ale jeszcze łapczywiej spijał kwintesencję cudzych emocji spomiędzy unieruchomionych w oszołomieniu warg.
Wsłuchał się w dukanie Desmonda; nie był to pierwszy raz, gdy pozwalał słowom Malfoya przepływać do swojego umysłu, formować się i drążyć tunele, aby otulić się barwą jego głosu. Kiedyś było to o wiele bardziej niewinne, uczucia, którymi darzył Desmonda dorosły z wiekiem i, choć miały przed sobą jeszcze niejedną, wyboista drogę, tak ich pierwsze nasionka zakwitały w momencie, gdy przed szkolnymi latami ćwiczyli wypowiadanie płynnych zdań. Nie mógł się nie uśmiechać, nawet delikatnie, sam do siebie, gdy sobie o tym przypominał. Jasne, niebieskie oczy, przypominające lodową taflę Świtezi ocucały każdy zmysł; we wspomnieniach Desmond zawsze był w niego wpatrzony, czy to ze skupieniem, czy zgoła inną, dla większości nieodgadnięta, emocją.
- Bo moja rodzina złości mnie. Ich egzystencja splata się z moją, ale nie jesteśmy jednością. Desmond, naprawdę, jest wiele małych złośliwości, którymi mógłbym ci na ten docinek odpowiedzieć, ale nie chcę tego kontynuować. Nie zataczajmy koła dyskomfortu. Z nas dwojga to ty wydajesz się bardziej nieszczęśliwy, a nie robisz nic, aby swojej rodziny niezadowalać. Może powinieneś pomyśleć o tym, co chciałbyś zrobić, aby zadowolić samego siebie? - przekrzywił głowę w bok otwierając powoli oczy. W półmroku trudno było odgadnąć ich kolor; białka migotały w ciemności, a ich niewyraźny kontur igrał z jasnym materiałem falban. Spojrzenie Croucha majaczyło pomiędzy antykami strychu, cierpliwie spoglądało na sylwetkę blondyna cięzko opierającego się o podporę domu.
Chciał wyciągnąć rękę i dotknąć jego policzka, poczuć gorąco goniącego w popłochu serca. Wyczuł zaniepokojenie, nawet nie musiał specjalnie się na tym skupiać, bo przez lata przyjaźni nauczył się wyczytywać emocje z beznamiętnej twarzy Desmonda. Fakt, z każdym rokiem delikatność jego twarzy mężniała, ostrzejsze rysy zakreślały niegdyś chłopięce krągłości, acz wymuszenie puste spojrzenie wydawało się pozostawać takie samo, co najwyżej przyjmując kolejne ciosy od rozczarowującej rzeczywistości.
Poczuł niemożliwe do powstrzymania zirytowanie, że w przeciwieństwie do sennej ułudy, na jawie nie mógł czytać blondynowi w myślach. Pozostawiony był w limbie domysłów - musiał zgadywać, co kryje się za grymasem chłodnej maski, co niesie za sobą nienakrapiany odpowiednimi intonacjami głos. Nie było to dlań nic nowego, zmagał się z tym od najmłodszych lat. chciał być częścią życia Desmonda, a dzielące ich pare tygodni rozłąki wydały się nagle ciążyć mu bardziej niż przez cały okres zagranicznego wyjazdu.
- Wiem, że wolałbym teraz leżeć na łące, a nie pocić się na zakurzonym strychu - bez głębszych wyjaśnień, zsunął materiał marynarki z ramion, pozwalając aby jej falbany oplotły mu biodra i spotkały się z białą płachtą zakrywającą meble.
Po chwili sięgnął wewnątrz pudrowego nakrycia i wyciągnął z jego wnętrza skórzany, prostokątny pokrowiec. Wysunął z niego niewielki obrazek, portret - swój własny. Nietrudno było w kawałku płótna rozpoznać pociągnięcia pędzla emocji Desmonda.
Spojrzał chłopakowi w oczy, ale nie było w tym spojrzeniu cienia butności czy figlarności, jakie jeszcze chwile temu tańczyły w tonie i mimice.
- Ładne - skomentował jedynie - Wciąż chciałbyś pokazać mi resztę swoich obrazów? - właściwie nie był pewien, dlaczego zadawał te pytania. W obecności Desmonda po prostu miękł. Wszystkie plany, jakie miał na wypowiedzi gasły, zachodziły jak ostatnie promienie letniego słońca.
Wsłuchał się w dukanie Desmonda; nie był to pierwszy raz, gdy pozwalał słowom Malfoya przepływać do swojego umysłu, formować się i drążyć tunele, aby otulić się barwą jego głosu. Kiedyś było to o wiele bardziej niewinne, uczucia, którymi darzył Desmonda dorosły z wiekiem i, choć miały przed sobą jeszcze niejedną, wyboista drogę, tak ich pierwsze nasionka zakwitały w momencie, gdy przed szkolnymi latami ćwiczyli wypowiadanie płynnych zdań. Nie mógł się nie uśmiechać, nawet delikatnie, sam do siebie, gdy sobie o tym przypominał. Jasne, niebieskie oczy, przypominające lodową taflę Świtezi ocucały każdy zmysł; we wspomnieniach Desmond zawsze był w niego wpatrzony, czy to ze skupieniem, czy zgoła inną, dla większości nieodgadnięta, emocją.
- Bo moja rodzina złości mnie. Ich egzystencja splata się z moją, ale nie jesteśmy jednością. Desmond, naprawdę, jest wiele małych złośliwości, którymi mógłbym ci na ten docinek odpowiedzieć, ale nie chcę tego kontynuować. Nie zataczajmy koła dyskomfortu. Z nas dwojga to ty wydajesz się bardziej nieszczęśliwy, a nie robisz nic, aby swojej rodziny niezadowalać. Może powinieneś pomyśleć o tym, co chciałbyś zrobić, aby zadowolić samego siebie? - przekrzywił głowę w bok otwierając powoli oczy. W półmroku trudno było odgadnąć ich kolor; białka migotały w ciemności, a ich niewyraźny kontur igrał z jasnym materiałem falban. Spojrzenie Croucha majaczyło pomiędzy antykami strychu, cierpliwie spoglądało na sylwetkę blondyna cięzko opierającego się o podporę domu.
Chciał wyciągnąć rękę i dotknąć jego policzka, poczuć gorąco goniącego w popłochu serca. Wyczuł zaniepokojenie, nawet nie musiał specjalnie się na tym skupiać, bo przez lata przyjaźni nauczył się wyczytywać emocje z beznamiętnej twarzy Desmonda. Fakt, z każdym rokiem delikatność jego twarzy mężniała, ostrzejsze rysy zakreślały niegdyś chłopięce krągłości, acz wymuszenie puste spojrzenie wydawało się pozostawać takie samo, co najwyżej przyjmując kolejne ciosy od rozczarowującej rzeczywistości.
Poczuł niemożliwe do powstrzymania zirytowanie, że w przeciwieństwie do sennej ułudy, na jawie nie mógł czytać blondynowi w myślach. Pozostawiony był w limbie domysłów - musiał zgadywać, co kryje się za grymasem chłodnej maski, co niesie za sobą nienakrapiany odpowiednimi intonacjami głos. Nie było to dlań nic nowego, zmagał się z tym od najmłodszych lat. chciał być częścią życia Desmonda, a dzielące ich pare tygodni rozłąki wydały się nagle ciążyć mu bardziej niż przez cały okres zagranicznego wyjazdu.
- Wiem, że wolałbym teraz leżeć na łące, a nie pocić się na zakurzonym strychu - bez głębszych wyjaśnień, zsunął materiał marynarki z ramion, pozwalając aby jej falbany oplotły mu biodra i spotkały się z białą płachtą zakrywającą meble.
Po chwili sięgnął wewnątrz pudrowego nakrycia i wyciągnął z jego wnętrza skórzany, prostokątny pokrowiec. Wysunął z niego niewielki obrazek, portret - swój własny. Nietrudno było w kawałku płótna rozpoznać pociągnięcia pędzla emocji Desmonda.
Spojrzał chłopakowi w oczy, ale nie było w tym spojrzeniu cienia butności czy figlarności, jakie jeszcze chwile temu tańczyły w tonie i mimice.
- Ładne - skomentował jedynie - Wciąż chciałbyś pokazać mi resztę swoich obrazów? - właściwie nie był pewien, dlaczego zadawał te pytania. W obecności Desmonda po prostu miękł. Wszystkie plany, jakie miał na wypowiedzi gasły, zachodziły jak ostatnie promienie letniego słońca.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦