Stoisko Kowenu -> Stoisko Potterów
Ucałował powietrze nad dłonią Lyssy w kurtuazyjnym geście powitania, nie dając jej żadnych fizycznych oznak czy to znajomości czy też niechęci, która objawiła się jej w niciach. Jeśli spojrzała dalej, mogła zobaczyć, że większość nici Morpheusa jest po prostu czerwonawa, jakby darzył każdego spokanego człowieka, łącznie z jej ciotką przez spowinowacenie, chwilowym uczuciem podniecenia i nic więcej. Brzmiało to jak struny melodii wyparcia czegoś innego, mechanizm obronny. Silniejsze nitki prowadziły w tłum, do Erika Longbottoma, czyste uczucia rodzinne, a bardziej nasycone czerwienią do... Chłopaka, którego chyba Morpheus nie zauważył, skośnookiego klienta kramu.
— Coś w tym guście, Lorien, inscenizacja zaklęcia obronnego. Nie będę Was zatrzymywać, muszę zajrzeć jeszcze do mojej szwagierki — wskazał dłonią w kierunku pachnącego stoiska Potterów, pożegnał się z nimi elegancko i z uśmiechem, firmowym, całkiem przekonującym, skierował się ku Brennie i Elise, aby ta naprawiła mu twarz i zniwelowała zasinienie, tworzące się pod oczami od zetknięcia z pięścią Millie Moody.
Ból głowy po uderzeniu w nos był jak brutalne przypomnienie kruchości ludzkiego ciała. Pulsująca agonia rozprzestrzeniała się od miejsca uderzenia, jak fale na spokojnym jeziorze, burząc harmonię myśli. Każde uderzenie serca rezonowało w jego czaszce, jak echo tłuczonego szkła w ciemnej jaskini.
Festiwalowy gwar stawał się odległym tłem, zamglonym i przytłumionym przez ten nagły atak cierpienia. Morpheus zamknął oczy, próbując uciec od bólu, ale on trwał, nieustępliwy, ściskający jego skronie w stalowym uścisku.
W końcu jednak dotarł do perfumiarskiego stoiska ze zbolałą miną zbitego psiaka. Wszedł na zaplecze, ignorując innych gości, a jeśli ich znał, przywitał się tylko skinięciem głowy.
— Nie pytaj, kochana, mam dzisiaj pecha — przywitał się ze szwagierką i skorzystał z jej pomocy. Naprawa struktury twarzy znacznie mu pomogła.