Morpheus nucił coś pod nosem, bardzo kiepsko słyszalnie i jeszcze okropnie fałszował. Tylko Anthony mógł zrozumieć, że przyjaciel kaleczył grecki hymn do Hefajstosa, boga panującego w niebiańskiej kuźni. Coś o potędze twórczości, co nie było standardowymi słowami Longbottoma. Widocznie nauczył się na słuch modlitwy podczas delegacji i teraz przyszła mu do głowy jako adekwatna.
Wycofał się bardziej do tyłu i wtedy usłyszał rozmowę dwóch starszych kobiet, które plotkowały na temat Vespery i jej sukni ślubnej, pod którą chyba coś się kryło. Morpheus skrzywił się, pamiętając nieprzyjemne wrażenie lepkości płynu owodniowego, gdy przez przypadek zajrzał miesiąc temu do przyszłości nowej pani Black, jeszcze wtedy Rookwood i ujrzał dodatkową nitkę czasu. Paskudne. Aż zabawne, że panie miały rację i zapewne będą cmokać za kilka miesięcy nad kieliszkami nalewki zdrowotnej z ostropestu, mówiąc krytycznie, że one to już wiedziały od początku.
W ostatnim, panicznym wysiłku, aby ukryć czerwoną poświatę, płomienie i w ogóle swoją obecność, całej czwórki czarodziejów, rzucił pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy.
Sukces!
Sukces!
Gęsta mgła opadła dookoła szklarni, osiadła na krzewach mleczną powłoką, utrudniając tak skutecznie widzenie, że kobiety aż skomentowały z oburzeniem, że wesele w taką mgłę to zły omen. Tak przynajmniej wymyśliła pierwsza, bowiem druga zaprzeczyła, mówiąc że dla dziecka to dobrze, bo urodzi się w czepku. Kroki kobiet oddaliły się w stronę tarasu, a Morpheus pozostał na swojej warcie, zadowolony ze swojej sprytnej reakcji. Szczerzył się sam do siebie.
W ostatnim zrywie pnącze smagnęło w stronę Jonathana, rozbijając w powietrzu swoje płatki i zasypało go kwiecie, bez względu na to, czy dotknęło go agonalne drgnięcie rośliny czy nie. Roślina krzyczała coraz słabiej. Zlituj się, oszczędź nas.
Żadne nie chciało jednak pozwolić jej żyć. Może Morpheus miałby trochę litości. Może. Ciężko powiedzieć, bo siedział na ścieżce i wpatrywał się w mgłę, trzeźwiejąc. Głupie geny Longbottomów, nawet żeby się upić potrzebował dużej dawki alkoholu, albo to już to niechlubne przyzwyczajenie do procentów, zwane alkoholizmem.