29.07.2024, 20:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.07.2024, 20:19 przez Woody Tarpaulin.)
Należało przyznać Lorien rację w tym, że nie istniało w świetle ostatnich wydarzeń coś takiego, jak zbyt wiele ostrożności. Szanse na to, że ktoś przechwytuje sowy i czyta korespondencję niektórych czarodziejów były niewielkie, ale niezerowe. Crouch niedysponująca w tych okolicznościach zaufanym kominkiem rzeczywiście mogła mieć problemy z komunikacją i poruszaniem się nieoficjalnymi ścieżkami. Jeśli trudności, o których mówiła, były prawdą, uprawdopodobniała się również teoria, że znalazła się tu z własnej inicjatywy, nie na czyjeś polecenie.
Woody nie ufał czarownicy bezwarunkowo. Była z Crouchów — same te więzi zapalały jaskrawą lampkę ostrzegawczą. Nie musieli jednak wymieniać bransoletek wieczystej przyjaźni, aby znajdować obszary, na których się dogadywali. Od czasu opuszczenia Ministerstwa Tarp bardzo uważnie balansował wszystkie swoje znajomości. Kroczył nieustannie po cienkim lodzie, więc pieczołowicie dobierał osoby, z którymi się układał, odmierzał skrupulatnie to, co kto o nim wiedział. Szeroka siatka kontaktów w wielu światach była jego najmocniejszą stroną, a jednocześnie największą słabością: jeden fałszywy ruch i wszystko runie, a ruiny tych układów usypią jego grobowiec.
Lorien Crouch i detektywa Longbottoma połączyła pogarda dla przestępców: tych najokrutniejszych zwyrodnialców, którzy zasługiwali na najsurowsze kary.
— Straszyli wojną, bo może do niej dojść. — Rozłożył ręce. Na razie nie zdradzał zaangażowania wykraczającego poza uprzejme zainteresowanie. Chciał najpierw wybadać kobietę, dowiedzieć się, co sama myśli i z czym do niego przychodzi. Oboje nie byli do końca pewni, czego się po sobie spodziewać.
Jej narzekania na ministerialny chaos na pozór nieszczególnie go poruszyły. Nie leżała mu wcale na sercu integralna struktura departamentu, a już szczególnie departamentu przestrzegania prawa. W zasadzie w imię zemsty chętnie patrzyłby, jak departament obraca się w pył. Były jednak dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze: nie uważał, aby Ministerstwo miało się rozpaść. Co to to nie. Woody był gotów majątek postawić na to, że o wiele bardziej w smak byłoby Voldemortowi je przejąć i podporządkować sobie niż wyburzyć. Po drugie: cóż, Longbottom był nieco zbyt stary i ze zbyt porządnej rodziny, aby uwierzyć w anarchię i wywiesić czarno-czerwoną banderę. Boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że społeczeństwo — niezależnie od tego, czy magiczne, czy mogolskie — potrzebuje organu, który będzie dbał o porządek. Obecne struktury może i mu się nie podobały, ale to, co miało nadejść, było jeszcze gorsze.
— Rzekłbym, że to świetne, kurwa, wieści. — Ułożył podbródek na dłoni wspartej łokciem o blat i uniósł wyczekująco brwi. — Nie bądź taka, nie szczędź szczegółów. Chcę słuchać, jak te ministerialne kutasy rzucają się sobie do gardeł.
Nie przystawała zapewne rozsądnemu człowiekowi niepowaga w obliczu podobnych katastrof, ale czyż powinien się tym przejmować? Nie był już funkcjonariuszem zbrodniczego reżimu. Z szacunku do Lorien zdjął jednak po chwili kapelusz i przestał pajacować. Ścisnął między dwoma palcami nasadę nosa i również westchnął. Prześladował go w ostatnich tygodniach ten temat i Crouch nie była bynajmniej pierwszą osobą, która go z nim poruszyła. W przeciwieństwie do Brenny, wobec tej czarownicy nie mógł być w stu procentach szczery.
— Moja lojalność to ten biznes. — Powiódł ręką dookoła. — Gram po swojej stronie, ale mogę ci zaręczyć, nie wynajmę tej lojalności ani żadnemu Czarnemu Panu, ani jego poplecznikom. Mam swój honor.
Woody nie ufał czarownicy bezwarunkowo. Była z Crouchów — same te więzi zapalały jaskrawą lampkę ostrzegawczą. Nie musieli jednak wymieniać bransoletek wieczystej przyjaźni, aby znajdować obszary, na których się dogadywali. Od czasu opuszczenia Ministerstwa Tarp bardzo uważnie balansował wszystkie swoje znajomości. Kroczył nieustannie po cienkim lodzie, więc pieczołowicie dobierał osoby, z którymi się układał, odmierzał skrupulatnie to, co kto o nim wiedział. Szeroka siatka kontaktów w wielu światach była jego najmocniejszą stroną, a jednocześnie największą słabością: jeden fałszywy ruch i wszystko runie, a ruiny tych układów usypią jego grobowiec.
Lorien Crouch i detektywa Longbottoma połączyła pogarda dla przestępców: tych najokrutniejszych zwyrodnialców, którzy zasługiwali na najsurowsze kary.
— Straszyli wojną, bo może do niej dojść. — Rozłożył ręce. Na razie nie zdradzał zaangażowania wykraczającego poza uprzejme zainteresowanie. Chciał najpierw wybadać kobietę, dowiedzieć się, co sama myśli i z czym do niego przychodzi. Oboje nie byli do końca pewni, czego się po sobie spodziewać.
Jej narzekania na ministerialny chaos na pozór nieszczególnie go poruszyły. Nie leżała mu wcale na sercu integralna struktura departamentu, a już szczególnie departamentu przestrzegania prawa. W zasadzie w imię zemsty chętnie patrzyłby, jak departament obraca się w pył. Były jednak dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze: nie uważał, aby Ministerstwo miało się rozpaść. Co to to nie. Woody był gotów majątek postawić na to, że o wiele bardziej w smak byłoby Voldemortowi je przejąć i podporządkować sobie niż wyburzyć. Po drugie: cóż, Longbottom był nieco zbyt stary i ze zbyt porządnej rodziny, aby uwierzyć w anarchię i wywiesić czarno-czerwoną banderę. Boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że społeczeństwo — niezależnie od tego, czy magiczne, czy mogolskie — potrzebuje organu, który będzie dbał o porządek. Obecne struktury może i mu się nie podobały, ale to, co miało nadejść, było jeszcze gorsze.
— Rzekłbym, że to świetne, kurwa, wieści. — Ułożył podbródek na dłoni wspartej łokciem o blat i uniósł wyczekująco brwi. — Nie bądź taka, nie szczędź szczegółów. Chcę słuchać, jak te ministerialne kutasy rzucają się sobie do gardeł.
Nie przystawała zapewne rozsądnemu człowiekowi niepowaga w obliczu podobnych katastrof, ale czyż powinien się tym przejmować? Nie był już funkcjonariuszem zbrodniczego reżimu. Z szacunku do Lorien zdjął jednak po chwili kapelusz i przestał pajacować. Ścisnął między dwoma palcami nasadę nosa i również westchnął. Prześladował go w ostatnich tygodniach ten temat i Crouch nie była bynajmniej pierwszą osobą, która go z nim poruszyła. W przeciwieństwie do Brenny, wobec tej czarownicy nie mógł być w stu procentach szczery.
— Moja lojalność to ten biznes. — Powiódł ręką dookoła. — Gram po swojej stronie, ale mogę ci zaręczyć, nie wynajmę tej lojalności ani żadnemu Czarnemu Panu, ani jego poplecznikom. Mam swój honor.
piw0 to moje paliwo