29.07.2024, 21:22 ✶
Smakować za dobrze nie smakowała, ale jeśli chodziło o klątwę, to sama w sobie nic takiego strasznego ze sobą nie niosła, przynajmniej te słowa Flinta nie wydawały się być takie złe... A jeszcze tak wdzięcznie się uśmiechał, że ja również się usmiechałem. I co tam uściśnięcie ręki, skoro można było sie czule przytulić, więc go wziąłem i przytuliłem, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami i to nie takimi po prostu najlepszymi przyjaciółkami, ale best friends forever, co byłoby w naszym przypadku zapewne wytatuowane na zadku, ale nad tym już nie rozmyślałem.
Spojrzałem oniemiały na monetę. Faktycznie, niby miała wartość jeden i taką czaszkę z tyłu... z wizerunkiem krowy byłaby obłędna, ale jeśli nie miało się, co się lubi, to się lubiło co się miało, a ja właśnie stwierdzałem, że nigdy się z nią nie rozstanę. Kto wie? Może nawet zabiorę ją do grobu jako akt najwyższej dobroci, którą uraczyłem Pana Dægberhta.
- Leo O’Dwyer, zawsze do usług! - przedstawiłem się, po czym jednak postanowiłem go nieco skarcić. Pomachałem paluchem teatralnie naburmuszony. - I żaden frajer, żaden frajer. Jam częścią tej siły, która wiecznie psikusów pragnąc, wiecznie dobro czyni - odparłem zaraz jednak wesoło, kłaniając się nisko i dumnie.
- Wspomniałeś, że lubisz koty... że miałeś kota...?! A wiesz... Bo dobrze się składa, bo okradłem pewnego fraje... nowego przyjaciela i teraz mam kupę kasy na whisky z mlekiem. Co ty na to??? - zapytałem, pytałem, wciąż pytałem, jednocześnie go holując w kierunku Pokątnej i Dziurawego Kotła. Ogólnie głośny był ze mnie typ, kiedy nie czaiłem się w kącie, kiedy się nie skradałem, kiedy nie byłem psychopatą, mniam.
Zagarnąłem nietypową monetę do kieszeni, żeby przypadkiem nie wpadła w oko barmanowi, a mieszek za pazuchę.
- Na drinka... Albo możemy obstawiać, ile życia mi zostało...? Tego pierwszego, rzecz jasna - zaśmiałem się z żartu raczej bardzo hermetycznego, bo jeszcze nie zdążyłem ostrzec Dægberhta, że ja to z natury kotem byłem. To jeszcze było przede mną i zapewne nie spodziewałem się jak blisko tego byłem. - Bo ja z natury kotem jestem. Ludzie się śmieją, że mam dziewięć żyć, ale to chyba Matka Natura i Słońce, Słońce i Matka Natura nade mną czuwają, tak. A mama to też się modli, ale do mugolskiego Boga, więc z kilku frontów jestem chroniony - wyznałem, puszczając go po chwili, bo mi się tak skocznie zrobiło. Potrzebowałem iść i skakać, skakać i iść, iść w podskokach, skacząc sobie iść, tak.
Spojrzałem oniemiały na monetę. Faktycznie, niby miała wartość jeden i taką czaszkę z tyłu... z wizerunkiem krowy byłaby obłędna, ale jeśli nie miało się, co się lubi, to się lubiło co się miało, a ja właśnie stwierdzałem, że nigdy się z nią nie rozstanę. Kto wie? Może nawet zabiorę ją do grobu jako akt najwyższej dobroci, którą uraczyłem Pana Dægberhta.
- Leo O’Dwyer, zawsze do usług! - przedstawiłem się, po czym jednak postanowiłem go nieco skarcić. Pomachałem paluchem teatralnie naburmuszony. - I żaden frajer, żaden frajer. Jam częścią tej siły, która wiecznie psikusów pragnąc, wiecznie dobro czyni - odparłem zaraz jednak wesoło, kłaniając się nisko i dumnie.
- Wspomniałeś, że lubisz koty... że miałeś kota...?! A wiesz... Bo dobrze się składa, bo okradłem pewnego fraje... nowego przyjaciela i teraz mam kupę kasy na whisky z mlekiem. Co ty na to??? - zapytałem, pytałem, wciąż pytałem, jednocześnie go holując w kierunku Pokątnej i Dziurawego Kotła. Ogólnie głośny był ze mnie typ, kiedy nie czaiłem się w kącie, kiedy się nie skradałem, kiedy nie byłem psychopatą, mniam.
Zagarnąłem nietypową monetę do kieszeni, żeby przypadkiem nie wpadła w oko barmanowi, a mieszek za pazuchę.
- Na drinka... Albo możemy obstawiać, ile życia mi zostało...? Tego pierwszego, rzecz jasna - zaśmiałem się z żartu raczej bardzo hermetycznego, bo jeszcze nie zdążyłem ostrzec Dægberhta, że ja to z natury kotem byłem. To jeszcze było przede mną i zapewne nie spodziewałem się jak blisko tego byłem. - Bo ja z natury kotem jestem. Ludzie się śmieją, że mam dziewięć żyć, ale to chyba Matka Natura i Słońce, Słońce i Matka Natura nade mną czuwają, tak. A mama to też się modli, ale do mugolskiego Boga, więc z kilku frontów jestem chroniony - wyznałem, puszczając go po chwili, bo mi się tak skocznie zrobiło. Potrzebowałem iść i skakać, skakać i iść, iść w podskokach, skacząc sobie iść, tak.