10.01.2023, 22:35 ✶
Nie znała jego sytuacji, jej nikt nigdy nie powiedział, że nie spełnia oczekiwań, bo wszystkie, jakie jej rodzice wobec niej mieli zostały przez nią spełniane. Czy była przy tym nagradzana? Ależ skąd. W jej domu brakowało tego ciepła… Matka miała swoją wizję na wychowanie i zamykało się to w dyscyplinie, wymaganiach, nakazach i zakazach. Nie w klepaniu po główce, nie mówieniu, że da sobie radę. Takie coś słyszała co najwyżej od ojca i to raptem kilka razy, niezbyt często. I z małą Olivią robili właściwie to samo… Było między nimi piętnaście lat różnicy, najmłodsze dziecko Alexandra i Isabelle miało w tym roku skończyć dwanaście lat i była właśnie na pierwszym roku w Hogwarcie i Victoria widziała, że matka często wykorzystuje Victorię, by powiedzieć młodej jaka ma być. Ale ojciec był trochę bardziej pobłażliwy, a i sama Viki taka zimna wobec siostry przecież nie była. Nie sądzila jednak, że Sauriel miał jeszcze gorzej… a przynajmniej nie sądziła tego do tamtej rozmowy. Bo teraz to spodziewała się już wszystkiego.
- Badania nad świerszczami? – nie powinna się dziwić. Byli ludzie, którzy ciągle poszukiwali wiedzy, którzy badali, odkrywali coś nowego. Miała nawet taką osobę w rodzinie – totalny naukowiec, jej starszy kuzyn. Ona sama lubiła wiedzieć, lubiła się dowiadywać, ale nie miała takiego zacięcia do wieloletnich bezowocnych badań, by odkryć coś przełomowego (a w większości jednak zupełnie nic nie zmieniającego w niczyim życiu). - No inaczej by się świat nie dowiedział. Ale uważam to za całkiem fascynujące – nie brzmiała jakby kłamała, bo nie kłamała. Naprawdę tak uważała. A że to wiedza bezużyteczna… Tak i nie. Sprawiała, że przy następnym cykaniu świerszcza się zatrzyma i zastanowi, zapamięta. Pewnie nawet uśmiechnie.
- Rzadka umiejętność – przyznała i kiwnęła głową. Niewiele to dla niej zmieniało, ale dobrze było wiedzieć. To rzeczywiście był atut, którym warto się było nie obnosić, ale to tak samo jak ona ze swoją oklumencją. Powiedziała mu to tylko dlatego, że mogło być w tamtym momencie istotne i pomocne. - Jest pan pełen niespodzianek, panie Rookwood – zauważyła i uśmiechnęła się półgębkiem. Wampir, nie potrzebuje używać różdżki, zna się na świerszczach i ma w głowie jakieś historyczne ciekawostki. Zdecydowanie zaczął ją intrygować. - No… – spojrzała na swoją różdżkę, później na drugi koniec pokoju i lekko zmrużyła oczy. Po krótkiej chwili zdecydowała się wstać i przejść się do niego, żeby tam sobie kucnąć i położyć swoją różdżkę na ziemi obok tej jego. - Bo wydawało mi się, że są podobne – powiedziała cicho. I teraz kiedy tak leżały obok siebie to widziała, że nie są podobne. Są prawie identyczne – za wyjątkiem ich długości. - Nie znam się na tworzeniu różdżek, ale o ile wiem, różdżki z bzu nie są zbyt często wybierane. Albo raczej one nieczęsto sobie kogoś wybierają - powiedziała cicho i spojrzała na na drugi koniec pokoju, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała, a później na Sauriela. Teraz była ciekawa jakiego rdzenia używał, skoro byłó dla niej niemal pewne, że ich różdżki miały taką samą drewnianą powłokę.
Czas mijał.
- Hmm… Może spróbuję tutaj. Mam pewien pomysł – może ważne było to, w którym miejscu pułapki próbuje się ją złamać? To plus chciała też spróbować innego podejścia, skoro mogli być w innej przestrzeni.
Złapała swoją różdżkę (nie, nie pomyliła się!), wstała i znowu zaczęła te swoje ruchy dłonią, nadgarstkiem, ewentualnie ręką. ZNowu – trwało to trochę czasu, bo próbowała wielu różnych podejść, by mieć pewność, że niczego nie pominęła. I w końcu, kiedy już myślała, że będzie się musiała poddać, okazało się, że nie. Bo kiedy odwróciła głowę, na nowo pojawił się korytarz.
- Badania nad świerszczami? – nie powinna się dziwić. Byli ludzie, którzy ciągle poszukiwali wiedzy, którzy badali, odkrywali coś nowego. Miała nawet taką osobę w rodzinie – totalny naukowiec, jej starszy kuzyn. Ona sama lubiła wiedzieć, lubiła się dowiadywać, ale nie miała takiego zacięcia do wieloletnich bezowocnych badań, by odkryć coś przełomowego (a w większości jednak zupełnie nic nie zmieniającego w niczyim życiu). - No inaczej by się świat nie dowiedział. Ale uważam to za całkiem fascynujące – nie brzmiała jakby kłamała, bo nie kłamała. Naprawdę tak uważała. A że to wiedza bezużyteczna… Tak i nie. Sprawiała, że przy następnym cykaniu świerszcza się zatrzyma i zastanowi, zapamięta. Pewnie nawet uśmiechnie.
- Rzadka umiejętność – przyznała i kiwnęła głową. Niewiele to dla niej zmieniało, ale dobrze było wiedzieć. To rzeczywiście był atut, którym warto się było nie obnosić, ale to tak samo jak ona ze swoją oklumencją. Powiedziała mu to tylko dlatego, że mogło być w tamtym momencie istotne i pomocne. - Jest pan pełen niespodzianek, panie Rookwood – zauważyła i uśmiechnęła się półgębkiem. Wampir, nie potrzebuje używać różdżki, zna się na świerszczach i ma w głowie jakieś historyczne ciekawostki. Zdecydowanie zaczął ją intrygować. - No… – spojrzała na swoją różdżkę, później na drugi koniec pokoju i lekko zmrużyła oczy. Po krótkiej chwili zdecydowała się wstać i przejść się do niego, żeby tam sobie kucnąć i położyć swoją różdżkę na ziemi obok tej jego. - Bo wydawało mi się, że są podobne – powiedziała cicho. I teraz kiedy tak leżały obok siebie to widziała, że nie są podobne. Są prawie identyczne – za wyjątkiem ich długości. - Nie znam się na tworzeniu różdżek, ale o ile wiem, różdżki z bzu nie są zbyt często wybierane. Albo raczej one nieczęsto sobie kogoś wybierają - powiedziała cicho i spojrzała na na drugi koniec pokoju, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała, a później na Sauriela. Teraz była ciekawa jakiego rdzenia używał, skoro byłó dla niej niemal pewne, że ich różdżki miały taką samą drewnianą powłokę.
Czas mijał.
- Hmm… Może spróbuję tutaj. Mam pewien pomysł – może ważne było to, w którym miejscu pułapki próbuje się ją złamać? To plus chciała też spróbować innego podejścia, skoro mogli być w innej przestrzeni.
Złapała swoją różdżkę (nie, nie pomyliła się!), wstała i znowu zaczęła te swoje ruchy dłonią, nadgarstkiem, ewentualnie ręką. ZNowu – trwało to trochę czasu, bo próbowała wielu różnych podejść, by mieć pewność, że niczego nie pominęła. I w końcu, kiedy już myślała, że będzie się musiała poddać, okazało się, że nie. Bo kiedy odwróciła głowę, na nowo pojawił się korytarz.