30.07.2024, 09:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2024, 09:33 przez Cathal Shafiq.)
Stoisko kowenu -> słodkości Nory Figg
Pod tym względem różnili się jak ogień i woda. Sebastian lubił mieć święty spokój albo przynajmniej utrzymywał, że tak jest. Cathal spokoju i braku wyzwań nienawidził. Dla niego brak wrażeń i wyzwań zawodowych oznaczał nudę właśnie: śmiertelną w dodatku. Oszalałby (to znaczy oszalałby szybciej, bo obłęd i tak prawdopodobnie był mu pisany) wiodąc tak spokojne i uporządkowane życie jak to, które stało się udziałem Sebastiana i do pewnego stopnia Ulyssesa (do pewnego stopnia tylko bo oczywiście, poza tymi chwilami, gdy Rookwood zakładał czarną szatę i maskę – a Cathal, jako że nigdy nie był miłym chłopcem, i właściwie to spokojnie dało się go wrzucić do szufladki „źli ludzie”, z premedytacją odwracał wzrok w drugą stronę).
– Będziesz więc teraz siedział w Kowenie, pośród kapłanów i odprawiał nabożeństwa ku czci Bogini Matki? – spytał, sięgając po kalendarz i leniwie przerzucając jego strony aż natknął się na zdjęcie Sebastiana. Rozbawiło go to trochę i zastanowił się, czy wierni Matki Księżyca faktycznie wykupują ten towar.
On odłożył go na miejsce. Nie dlatego, że nie wierzył w Matkę Księżyca. Jego wiara i niewiara były skomplikowane. Bogowie byli dla niego istotami, które umierały jak ludzie – widział zbyt wiele świątyń poświęconych bóstwom, których imion nikt już nie wypowiadał inaczej niż nad podręcznikiem historii. A modlitw kogoś takiego jak Cathal Shafiq nie usłuchałoby żadne przyjazne bóstwo: mógłby zwracać się tylko do tych co bardziej nieprzyjemnych, krwawych, takich jak Seth, przynoszących zagładę, nie miłosierdzie.
Matka Księżyca nie spojrzałaby na niego przychylnym okiem.
– Dobrze. Jest… znacznie ciekawiej niż się spodziewałem – odparł, po chwili milczenia, bo wspominał filary pełne błękitnego światła, kłótnię z Aletheą Crouch w sprawie ich aktywowania, fałszywą Nell oraz wszystko, co się tam wyprawiało. – Jeżeli znajdziesz czas na to, żeby wpaść, dalej mamy tam dwa duchy. Jeden krąży uparcie po murach, drugi patrzy na nas oskarżycielsko, kiedy pracujemy w podziemiach.
Nie był pewny, o jakie „wszystko” chodzi. Zapytałby może, ale do stoiska nadciągnęli kolejni klienci, kiwnął więc głową Macmillanowi, zapłacił za rytualną świeczkę i odszedł, bo taki tłum nie był dobrym miejscem do rozmawiania o pewnych rzeczach.
Przeszedł jeszcze wzdłuż stoisk, nie zatrzymując się, dopóki nie dotarł do strefy gastronomicznej. Tam przystanął przy słodkościach Nory Figg - sam nie był specjalnie wybredny, lubił za to nowe smaki, kupił więc dwa pączki, które przyciągnęły jego uwagę głównie tym, że wyglądały inaczej niż większość tych, których dotąd próbował. Do papierowej torebki wrzucił też trochę truskawkowych makaroników, głównie z myślą o przebłaganiu nimi Nell, gdyby jakoś jej później podpadł.
A potem opuścił teren jarmarku, dość mając nadmiaru bodźców, bombardujących jego zmysły.
Pod tym względem różnili się jak ogień i woda. Sebastian lubił mieć święty spokój albo przynajmniej utrzymywał, że tak jest. Cathal spokoju i braku wyzwań nienawidził. Dla niego brak wrażeń i wyzwań zawodowych oznaczał nudę właśnie: śmiertelną w dodatku. Oszalałby (to znaczy oszalałby szybciej, bo obłęd i tak prawdopodobnie był mu pisany) wiodąc tak spokojne i uporządkowane życie jak to, które stało się udziałem Sebastiana i do pewnego stopnia Ulyssesa (do pewnego stopnia tylko bo oczywiście, poza tymi chwilami, gdy Rookwood zakładał czarną szatę i maskę – a Cathal, jako że nigdy nie był miłym chłopcem, i właściwie to spokojnie dało się go wrzucić do szufladki „źli ludzie”, z premedytacją odwracał wzrok w drugą stronę).
– Będziesz więc teraz siedział w Kowenie, pośród kapłanów i odprawiał nabożeństwa ku czci Bogini Matki? – spytał, sięgając po kalendarz i leniwie przerzucając jego strony aż natknął się na zdjęcie Sebastiana. Rozbawiło go to trochę i zastanowił się, czy wierni Matki Księżyca faktycznie wykupują ten towar.
On odłożył go na miejsce. Nie dlatego, że nie wierzył w Matkę Księżyca. Jego wiara i niewiara były skomplikowane. Bogowie byli dla niego istotami, które umierały jak ludzie – widział zbyt wiele świątyń poświęconych bóstwom, których imion nikt już nie wypowiadał inaczej niż nad podręcznikiem historii. A modlitw kogoś takiego jak Cathal Shafiq nie usłuchałoby żadne przyjazne bóstwo: mógłby zwracać się tylko do tych co bardziej nieprzyjemnych, krwawych, takich jak Seth, przynoszących zagładę, nie miłosierdzie.
Matka Księżyca nie spojrzałaby na niego przychylnym okiem.
– Dobrze. Jest… znacznie ciekawiej niż się spodziewałem – odparł, po chwili milczenia, bo wspominał filary pełne błękitnego światła, kłótnię z Aletheą Crouch w sprawie ich aktywowania, fałszywą Nell oraz wszystko, co się tam wyprawiało. – Jeżeli znajdziesz czas na to, żeby wpaść, dalej mamy tam dwa duchy. Jeden krąży uparcie po murach, drugi patrzy na nas oskarżycielsko, kiedy pracujemy w podziemiach.
Nie był pewny, o jakie „wszystko” chodzi. Zapytałby może, ale do stoiska nadciągnęli kolejni klienci, kiwnął więc głową Macmillanowi, zapłacił za rytualną świeczkę i odszedł, bo taki tłum nie był dobrym miejscem do rozmawiania o pewnych rzeczach.
Przeszedł jeszcze wzdłuż stoisk, nie zatrzymując się, dopóki nie dotarł do strefy gastronomicznej. Tam przystanął przy słodkościach Nory Figg - sam nie był specjalnie wybredny, lubił za to nowe smaki, kupił więc dwa pączki, które przyciągnęły jego uwagę głównie tym, że wyglądały inaczej niż większość tych, których dotąd próbował. Do papierowej torebki wrzucił też trochę truskawkowych makaroników, głównie z myślą o przebłaganiu nimi Nell, gdyby jakoś jej później podpadł.
A potem opuścił teren jarmarku, dość mając nadmiaru bodźców, bombardujących jego zmysły.
Postać opuszcza sesję