30.07.2024, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 21:59 przez Anthony Shafiq.)
Anthony Shafiq nie był idealistą, o co zadbał jego ojciec i kilku dobrze przez niego dobranych guwernerów. Anthony Shafiq był martwym idealistą, osobą która tak bała się być pożarta przez okrutny świat, że sama pochłonęła swoją romantyczną duszę, a jej szczątki zamknęła w ciasnej, żelaznej skrzyni cynizmu i oportunizmu, który tak ceniła w nim Charlotte. Z resztą... to od niej właśnie się tego uczył, gdy tylko ich grupa uformowała się i ten wychudły, blady chłopiec jakoś stał się jednym z czterech filarów, a nie tylko przydupasem przebojowego Longbottoma.
Zabawnym, jak wiele razy swoje dobre uczynki opakowywał w merkantylne pobudki, gdy większość ludzi wygładzała zbrodnie nawet przed sobą, powołując się na szczytne cele i ideały. Nie chciał być słaby, nie chciał, by historia zdeptała go, kiedy do osiągnięcia było tak wiele, nawet jeśli teraz nie wspinał się po drabinie, a jego największy projekt od lat był dzieckiem Przypadku i Młodzieńczego Kaprysu.
Skupił się na przyjacielu, który zdawał się totalnie stracić rozum. Dwa kroki postąpił za nim, ale mgła mieszała się z gryzącymi oparami, ogień i woda gryzły go w gardło. Chciał rzucić lśniące złotem struny, które ścięłyby głowę tej potworze...
... ale zaniósł się kaszlem. Wesparł się na silnym ramieniu Jonathana, przypominając mu znów o swojej obecności, w bardziej dosadny sposób, niż przywołaniem do porządku. Nie robił tego celowo, czuł że kręci mu się w głowie od pary i magicznej łuny potężnych zaklęć ogniowych teraz pacyfikowanych zewsząd wilgocią.
– Jonathan proszę...khekhekhe – Najlepsze kłamstwa, najlepsze role są wtedy, kiedy człowiek nie udaje. Bardzo chciałby powiedzieć, że było to cyniczne, że tylko tak mógł odciągnąć Selwyna od tego przeklętego kwiatu. Bardzo nie chciał myśleć o poczuciu winy, że przecież to on wybrał tę trasę, że przez niego jedna z najbliższych mu osób cierpi. – ..chodź... wszystko khekhekhe... wszystko usycha, patrz... – Pociągnął go, żeby mu pokazać, jak krzak po krzaku, nawet z tych kwiatów, które rosły opodal w ogrodzie, ale też dalej, od strony tarasów rezydencji dochodziły pokrzykiwania oburzenia na temat usychającej dekoracji.
– Chodźmy stąd... proszę. – Niemal zawisł na jego ramieniu, jak czarne (choć pewnie czerwone) saari zdobiło ramię Morpheusa. Nie zamierzał wycofywać się bez niego. Z pełnym rozmysłem chciał dać też temu tępemu gryfonowi do zrozumienia, że jeśli będzie chciał wejść do środka, to tylko z doczepionym Shafiqiem do rękawa.
Zabawnym, jak wiele razy swoje dobre uczynki opakowywał w merkantylne pobudki, gdy większość ludzi wygładzała zbrodnie nawet przed sobą, powołując się na szczytne cele i ideały. Nie chciał być słaby, nie chciał, by historia zdeptała go, kiedy do osiągnięcia było tak wiele, nawet jeśli teraz nie wspinał się po drabinie, a jego największy projekt od lat był dzieckiem Przypadku i Młodzieńczego Kaprysu.
Skupił się na przyjacielu, który zdawał się totalnie stracić rozum. Dwa kroki postąpił za nim, ale mgła mieszała się z gryzącymi oparami, ogień i woda gryzły go w gardło. Chciał rzucić lśniące złotem struny, które ścięłyby głowę tej potworze...
Kształtowanie II
Rzut N 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 37
Akcja nieudana
Akcja nieudana
... ale zaniósł się kaszlem. Wesparł się na silnym ramieniu Jonathana, przypominając mu znów o swojej obecności, w bardziej dosadny sposób, niż przywołaniem do porządku. Nie robił tego celowo, czuł że kręci mu się w głowie od pary i magicznej łuny potężnych zaklęć ogniowych teraz pacyfikowanych zewsząd wilgocią.
– Jonathan proszę...khekhekhe – Najlepsze kłamstwa, najlepsze role są wtedy, kiedy człowiek nie udaje. Bardzo chciałby powiedzieć, że było to cyniczne, że tylko tak mógł odciągnąć Selwyna od tego przeklętego kwiatu. Bardzo nie chciał myśleć o poczuciu winy, że przecież to on wybrał tę trasę, że przez niego jedna z najbliższych mu osób cierpi. – ..chodź... wszystko khekhekhe... wszystko usycha, patrz... – Pociągnął go, żeby mu pokazać, jak krzak po krzaku, nawet z tych kwiatów, które rosły opodal w ogrodzie, ale też dalej, od strony tarasów rezydencji dochodziły pokrzykiwania oburzenia na temat usychającej dekoracji.
– Chodźmy stąd... proszę. – Niemal zawisł na jego ramieniu, jak czarne (choć pewnie czerwone) saari zdobiło ramię Morpheusa. Nie zamierzał wycofywać się bez niego. Z pełnym rozmysłem chciał dać też temu tępemu gryfonowi do zrozumienia, że jeśli będzie chciał wejść do środka, to tylko z doczepionym Shafiqiem do rękawa.